niedziela, 24 lipca 2011

Hołd dla Ronniego Jamesa Dio

Po długich mękach twórczych, pod szyldem Backstage Metal ukazała się w sieci płyta "To Heaven Through Hell - A Tribute to Ronnie James Dio", w której mam swój udział. Jest to zbiorowa praca użytkowników forum Ultimate Metal, założonego przez najbardziej obecnie wziętego producenta metalowego - Andy'ego Sneapa. Jak nazwa wskazuje, płyta stanowi hołd dla rockowego wokalisty wszech czasów. Pisałem o Dio w starym blogu, zaraz po Jego śmierci.

Na płycie jest 13 utworów z repertuaru Rainbow, Black Sabbath i Dio. Ja zaśpiewałem częściowo w Long Live Rock'N'Roll oraz cały Kill The King, tak dziwnie wyszło że oba kawałki są z repertuaru Rainbow i nawet z jednej płyty.

Jak to w przypadku takich projektów bywa, na płycie zagrali ludzie z całego świata. Np. w Long Live Rock'N'Roll obok mnie śpiewają wokaliści z Ukrainy i Indii, a klawiszowiec jest z Finlandii. W innych utworach przewijają się muzycy z Libanu, Kuwejtu, Wenezueli... Wymieniam tylko te bardziej egzotyczne.

Kill The King to rzeczywiście był dla mnie morderczy kawałek. Głównie dlatego, że Ronnie miał głos poruszający się w innym zakresie dźwięków niż ja, ale nie tylko... Naprawdę ten facet nie bez powodu miał opinię najlepszego. W Long Live Rock'N'Roll poszedłem już w stronę bardziej dla mnie naturalnego rejestru, za to koledzy lutują po suficie aż miło.

Kill The King w wersji, która trafiła na płytę zmiksował gitarzysta Ingacio "Jevo" Garamendi z Hiszpanii. Brzmienie wiesła uzyskał naprawdę świetne, ale całość mi się nie podobała, dlatego też zrobiłem swój miks (lepiej mnie na nim słychać - hehe - i styl jest też bardziej hardrockowy niż metalowy). Możecie go posłuchać poniżej, a w razie chęci ściągnąć i dodać do płyty.




Kill The King ściągnąć można TU (prawy przycisk i zapisz jako)

Moim zdaniem z całego hołdu najciekawiej wyszło Children Of The Sea, czyli jedna z nielicznych power ballad nagranych przez Black Sabbath. Nie oddala się od genialnego oryginału, ale zarazem ma swój klimat (który nadają m.in. rewelacyjnie brzmiące partie fletu, chyba pochodzące z mojego ukochanego ostatnio instrumentu klawiszowego - melotronu).

Płyta jest dostępna w wersji elektronicznej i za darmo (chętni mogą przekazać kasę na fundację Ronniego) TUTAJ. W tej chwili na stronie Backstage Metal można ściągnąć mp3 w jakości 320kbps, niewykluczone, że bezstratny format też się pojawi jeśli będzie zapotrzebowanie.

Zawsze chciałem zaśpiewać coś Dio i wreszcie się udało. Szkoda, że w takich okolicznościach. Wciąż często o Nim myślę. Tak bardzo brakuje tego gościa.

PS Pierwszy raz widziałem Ronniego na żywca gdy gościnnie występował z Deep Purple podczas trasy z orkiestrą. Dziś będę miał okazję zobaczyć ich po raz piąty.

czwartek, 7 lipca 2011

Bydgoskie wodociągi kontra wampiry

Miejskie Wodociągi i Kanalizacja pomogą mieszkańcom Bydgoszczy w pozbyciu się zła wcielonego.

- Postanowiliśmy odpowiedzieć na apel bydgoszczan, zrobimy co tylko możemy - stwierdza prezes zarządu MWiK mgr inż. Stanisław Drzewiecki.
Akcja jest efektem interwencji jaką zgłosiło ratuszowi zasłużone już w zmaganiach z siłami ciemności Stowarzyszenie Unum Principium.
Bydgoscy pogromcy wampirów
- Na porządku dziennym są pokąsania mieszkańców miasta przez wampiry i wilkołaki - mówi Krzysztof Zagozda, rzecznik prasowy stowarzyszenia. - Plenią się na skutek postępującej sekularyzacji naszego społeczeństwa. Temu trzeba postawić tamę

- I taką tamę mogą postawić bydgoskie wodociągi, na tym się znamy - wtóruje mu mgr Drzewiecki.  
Miejska spółka zatrudniła już 40 księży, którzy dniem i nocą będą święcić wodę pompowaną przez MWiK do bydgoskich domów. Czy to wystarczy?
- Przypuszczalnie nie - martwi się prezes Drzewiecki. - Co miesiąc dostarczamy do odbiorców średnio 1,45 mln metrów sześciennych wody. To oznacza, że jeden ksiądz musiałby w tym czasie poświęcić 36250 metrów sześciennych wody. Wyposażyliśmy co prawda kapłanów w automatyczne kropidła, ale to wciąż za mało.

Zapytaliśmy przedstawicieli bydgoskiej hierarchii kościelnej, ile metrów sześciennych wody może poświęcić ksiądz za pomocą jednego błogosławieństwa. Jak dotąd kancelaria biskupa Jana Tyrawy nie udzieliła jednak odpowiedzi.

Czy Unum Principum jest zadowolone z rezultatów interwencji?
- To krok we właściwą stronę, który powinien ograniczyć plagę wampiryzmu i lykantropii w Bydgoszczy. Niemniej będziemy w dalszym ciągu naciskać na ratusz, aby wodociągi dostały dotację na zatrudnienie większej liczby księży - mówi Krzysztof Zagozda. - Pamiętajmy, że bez zdecydowanych działań ze strony miasta i jego mieszkańców, siły ciemności będą się bezkarnie rozprzestrzeniać.

Blok pani Jadwigi z Kapuścisk znalazł się w grupie testowej MWiK. Już od miesiąca w jej kranie płynie woda święcona. - Jestem bardzo zadowolona - mówi. - Nie mamy tu raczej problemów z wampirami, ale zauważyłam, że naczynia łatwiej się zmywają. Ponadto mojej córce poprawiła się cera.

Jednak nie wszyscy jej sąsiedzi są zadowoleni. - Osobiście uważam, że to przesada. Od miesiąca z szacunku nie myję pewnych części ciała, po prostu się nie godzi. Uważam, że MWiK powinno wprowadzić osobne kurki z wodą święconą - stwierdza pan Zdzisław.
W rozmowie z naszą redakcją prezes Drzewiecki wykluczył taką możliwość, ale dodał, że w specjalnych przypadkach wodociągi rozwiozą niepoświęconą wodę beczkowozami. Będzie udostępniana chętnym po uprzednim natarciu ich czosnkiem i po okazaniu srebrnego medalika.

czwartek, 30 czerwca 2011

Ekranizacja unijnego drenażu mózgów

Twoje koszmary właśnie się spełniły
Zaczynają się sprawdzać czarne prognozy snute przed laty przez środowiska związane z Radiem Maryja. Po wejściu do Unii wyraźnie następuje drenaż mózgów. Najłatwiej zauważyć go u ludzi najbliższych temu zagrożeniu - czyli polskich urzędników unijnych. U tych odpowiadających za naszą prezydencję, drenaż jest wręcz spektakularny, o czym poniżej.  

Zaczęło się od bączków. Ok, mniejsza o sam pomysł. Jakikolwiek gadżet by wybrano ktoś by się przyczepił.
Ale niech mi ktoś powie, dlaczego 6 tys. 200 bączków (koszt 985 800 złotych - podaję za TVN) koniecznie trzeba było zrobić ręcznie? Widziałem w telewizorni jakiegoś młodego człowieka z firmy pijarowskiej czy też marketingowej obsługującej ten projekt. Nie wiem jak mu się udawało utrzymać mocz w czasie gdy o tym opowiadał. - Każda gospodyni, która to malowała ma swój styl, każdy bączek jest inny - mówił z promiennym uśmiechem.

W tej chwili pomyślałem. - Hmm, ach więc tak - skoro się od siebie różnią, może nie było to takie głupie. W końcu to jakaś sztuka, nawet jeśli ludowa. Przynajmniej kasa poszła do mniejszych lub większych artystów.
W następnym momencie (a moment jak w reklamie - "bezcenny") kamera pokazuje te bączki. I WSZYSTKIE DO KURWY NĘDZY SĄ TAKIE SAME.  
Ściśle mówiąc, zrobili je tylko w czterech wzorach. Za TVN: kujawskim, kurpiowskim, łowickim i opoczyńskim. Jedyne różnice są detalach które się biorą z tego, że gospodyni ręka inaczej drżała jak była po setce, a inaczej jak była po dwóch. Nie mówię, że od razu trzeba to było dać do roboty chińskim dzieciom po centa za godzinę (jak trampki Nike), ale coś takiego równie dobrze maszyny mogły zrobić i przynajmniej nie kosztowałoby ok 150 zł za sztukę. To że urzędasy wydają naszą ciężką kasę na bzdety dla innych urzędasów, żeby "promować" swoją urzędasowską imprezę, która nie ma żadnego znaczenia dla nieurzędasów to jeszcze nic. Tylko ostrym drenażem mózgu można wytłumaczyć, że ktoś jeszcze wpadł na pomysł, żeby się tym wszem i wobec chwalić w telewizorni.

Ale to nie koniec. Teraz pokazali film animowany, który "promuje" polską prezydencję w UE. Znowu ta promocja. Nie wiem po co się promuje prezydencję, która jest przechodnia. Równie dobrze można promować niedzielę albo godzinę piętnastą! A może to ma ściągnąć turystów?
- Wiesz kochanie - mówi p. Schmidt do małżonki - Pojedźmy tym razem na wakacje do Polski... Oni tak świetnie przewodniczyli obradom Unii Europejskiej, bączki dawali, filmik zrobili...

Ów filmik zrobił zaś nie byle kto, bo Tomek Bagiński, czyli czołowy "go to" naszej krajowej animacji, i jak przypuszczam, wziął za to małą fortunę.

Całe życie marzę o dopasowanym golfie
Idzie to tak. Wśród oszklonych budynków, na pustym placu siedzi smutna, osowiała kobieta w niebieskiej kiecce. Jak zdradzają nam źródła prasowe, bo sami byśmy się nie domyślili, symbolizuje ona Unię Europejską. Sądząc po anorektycznej sylwetce, kryzys obszedł się z nią srogo, ale jeszcze dycha. Na dłuuuuugiej szyi ma zawieszoną gwiazdkę (ciekawe czy to symboliczna gwiazdka z nieba czy też może znak masoński?). Co tam dziunia robi - nie wiadomo. Może się zastanawia, dlaczego w takim wychuchanym miejscu nie ma ani jednego śmietnika.
Nagle za jej plecami, pojawia się gość w czerwonej koszuli, wlepiający w kobietę wzrok. Na koszuli ma białe zdobienia, to znak że... Tak, proszę państwa, to nasz reprezentant! Polska gola!

To ujęcie (zrzut ekranu umieściłem na początku bloga) jest dla mnie ciekawostką. Zazwyczaj stosuje się je w horrorach / thrillerach (nieświadoma ofiara siedzi tyłem do oprawcy nie wiedząc jak okrutny los ją czeka), więc napięcie rośnie. Facet najpierw wykonuje za jej plecami (!!!) dziwne ewolucje a potem obejmuje ją bez dotykania - innymi słowy robi dziwny ruch zakrawający na molestowanie seksualne. Ona odwraca do niego głowę, ale z jakiegoś powodu nie udaje jej się spojrzeć mu w twarz (może ją ta absurdalna szyja boli). Pan, tym razem przed nią, wykonuje kolejne ewolucje, które kojarzą się z tańcem godowym zwierząt. Samica początkowo niewzruszona, ale wreszcie spoglądają sobie w oczy. W oszklonym budynku tymczasem już aż szyby drżą (czy w środku jest zakamuflowany Prezes, który patrzy z zazdrością?).
Złapałem taaaaką rybę sezonu!!!
Wreszcie zaczyna się banalny, klasyczny taniec, ale za to wokół totalnie rozpierdala się plac i budynki, a następnie wszystko, łącznie z chodnikiem leci w górę (uwaga: to symbol naszej prezydencji). Para tańczy na jakichś wiszących w powietrzu betonowych blokach, a co już ma spaść, to szczęśliwie kolejne im pod nogi się podstawiają. Cały czas o włos od katastrofy!

Upskirt! Bielizna Unii Europejskiej tylko na blogu Dehumanizer
 Cięcie z ostrym błyskiem i nie wiedzieć czemu nagle tańczy wiele par, a co poleciało w górę teraz ląduje. Kolejne cięcie i nagle kobieta spływa z nieba. Na pierwszy rzut oka obstawiałbym, że to reprezentantka Japonii, bo scena żywcem wyrwana z jakiejś mangi, ale jednak nie - to nasza Unia. Może usłyszała docinki na temat szyi, bo teraz zasłania ją szarfą. Unia patrzy jak niechlujnie układa się z klocków ostatni budynek, który wreszcie zmienia się w jednolitą bryłę a na koniec wykwitają na nim wzory, które nasz macho Polacco miał na koszuli. Siada sobie na ławeczce, czekając na następnego frajera, a my widzimy logo polskiej prezydencji. Koniec.

Konichiwa!

Co się dzieje z Polakiem nie wiadomo. Nie będę snuć domysłów, bo po doświadczeniach z "(Also Sprach) Franky" bywam monotematyczny. Natomiast wiem co się na pewno nie dzieje. Kontekst filmiku jest niby damsko-męski, ale autorzy filmu dołożyli starań by nie pokazać Unii jako lafiryndy / lachona / blachary/ co tam chcecie. W rezultacie długoszyja pani przypomina Matkę Boską w ujęciu większości obrazów religijnych. Chodzi o to, że z jednej strony wcale brzydka nie jest, ale z drugiej ma w sobie coś tak aseksualnego, że normalny mężczyzna równie dobrze mógłby poczuć pożądanie do drogowskazu na Częstochowę.  
Polska Prezydencja. PULL UP!!!
Tak więc, z ulgą odnotowuję w finale brak macho Polacco. Lepiej już niech Unia siedzi sobie sama i zadowala się bączkiem.

Pełne 3 minuty drenażu mózgu można zafundować sobie poniżej.



środa, 8 czerwca 2011

Chemiczne Anioły, czyli życie naśladuje Nihil Quest

W utworze Nihil Quest "Chemical Savior" ("Chemiczny Zbawiciel") występuje postać Radosnego Farmaceuty. Daje on schronienie potrzebującym w swych opiekuńczych ramionach, ordynując kolejne pigułki. Ma coś na ból gardła, ból serca i ból egzystencji. Postawi cię na nogi, sprawi, że znowu się uśmiechniesz.
Postać ta uosabia kit wciskany w telewizyjnych reklamach leków, które mają odmienić życie pacjenta, pokazując przy tym wyidealizowany świat po zażyciu magicznej pigułki. Skojarzenie z religią, która także ma proste recepty na skomplikowane problemy i mami wizjami raju jest oczywiste - tak właśnie narodził się "Chemiczny Zbawiciel" - Pan Radosny Farmaceuta.
Tyle Nihil Quest w roku 2009, a teraz w czerwcu 2011 mamy zupełnie na serio i w realu to: Anioły Farmacji

"Welcome to chemical heaven
 A new way to live your life"

Anioły Farmacji osobiście zobaczyłem na billboardzie w Bydgoszczy. Spójrzmy co piszą organizatorzy na stronie (wyróżnienia moje):

"Moda na Zdrowie" od ośmiu lat promuje zdrowy styl życia. Stawiamy na ruch, aktywność, pogodę ducha, refleksję i mądre smakowanie wszystkich uroków życia.

Osobą, która może nas w tym wspomagać, być naszym prawdziwym Aniołem, jest farmaceuta.

(...)

Farmaceuci, w ramach opieki farmaceutycznej, o której pisze Moda na Zdrowie, jak opiekuńcze Anioły podpowiedzą, doradzą, ustrzegą, rozwieją wątpliwości, uśmierzą lęk i pokażą najlepszą drogę do zdrowia.


Na ulicach prawie 30 miast w Polsce pojawiły się billboardy z wizerunkiem Anioła zapraszającego Pacjentów do aptek, w których są Anioły Farmacji. Jeśli Twój farmaceuta jest troskliwy i opiekuńczy jak „Anioł” zgłoś go do najbardziej prestiżowej nagrody środowiska - Anioły Farmacji 2011.

Patrzę na to trochę z niedowierzaniem, a trochę z przerażeniem. W każdym razie nic przyjemnego, przydałaby się jakaś piguła.

sobota, 21 maja 2011

666 & 888


 
"Zespół Nihil Quest wystąpił w obronie życia poczętego"


Nie mogłem się powstrzymać : ). Fotka oczywiście z koncertu z litzową Luxtorpedą i Nikt. Więcej dzieł autorstwa Goldmoona z koncertu w Estradzie, na stronie Goldmoona, tudzież Estrady.

piątek, 6 maja 2011

Potulice Jailhouse Hard Rock

Coś z cyklu "Ocalić od skasowania". Wygrzebałem mój reportaż z Potulic napisany w 2005 roku.


Muzycy instalują sprzęt, a na salę przy niemal idealnej ciszy, grupami wchodzi publiczność. Na koncercie rockowym taka dyscyplina może być tylko w więzieniu.

Zakład Karny w Potulicach, to jedna z największych tego typu placówek w kraju. Nieoficjalnie mówi się o 2000 osadzonych. Internetowy portal służby więziennej, podaje mniejszą liczbę, ale zastrzega że pojemność została ustalona, bez uwzględnienia przeludnienia jednostki.
Novotvór w Potulicach. Na  basie Spider, obecnie członek bydgoskiej grupy WyRock (!!!)

O zespole nikt nie słyszał, ale dla osadzonych każda możliwość złamania monotonii więziennego życia jest wartościowa. Przyszli nawet ci mocno przyprószeni siwizną, dla których muzyka prezentowana przez tego typu grupę młodzieżową, musi być trudna do strawienia.


Mniejsi i więksi

Z ostatnich rzędów sporadycznie dobiegają okrzyki dopingujące zespół, ale poza tym zachowanie publiczności niewiele wskazuje na to, że to koncert rockowy, a nie spektakl teatralny. Po każdym utworze pojawiają się rzęsiste oklaski. Mało jednak widać osób, które w rytm muzyki kiwają głową, czy wystukują go nogą. Skakania pod sceną z oczywistych względów chyba nikt się nie spodziewał. Miejsce to zajęli zresztą sami muzycy, ponieważ na niewielkiej scenie, przedzielonej ekranem kinowym, zmieściła się jedynie perkusja. Zazwyczaj przyjeżdżające tu zespoły prezentują bardziej przystępną muzykę niż Novotvór. Grały tu Zdrowa Woda, Roan… Największą gwiazdą, jaka gościła w Potulicach, było jednak Ich Troje. Po raz pierwszy przyjechali tu, gdy byli jeszcze słabo znani, mając na koncie jedynie debiutancką płytę. Powrócili opromienieni ogólnopolskim sukcesem, przywożąc ze sobą trzy ciężarówki pełne sprzętu i strojów oraz tancerki, które wzbudziły tu chyba największe emocje. Nie oszczędzili więźniom niczego - na potrzeby widowiska dzień wcześniej rozbudowując nawet scenę. Chętnych było więcej niż mogła pomieścić sala, tak więc zespół zagrał zaledwie dla 170 osób, wybranych przez kierownictwo więzienia.
Dla występujących i Zakładu Karnego korzyści są obopólne. Więzienie jest ciekawym obiektem, którego nie można jednak zobaczyć na życzenie. Poza czysto turystyczną atrakcją, dla artystów, jest to okazja do sprawdzenia się w kompletnie nowej sytuacji i to z dreszczykiem emocji. Z występem w więzieniu łączy się też często zainteresowanie prasy. Niedawno tę możliwość podbudowania swojego wizerunku, wykorzystała choćby Metallica, nagrywając teledysk, w cieszącym się ponurą sławą, kalifornijskim więzieniu San Quentin.

Praca dla alimenciarzy

Grupy więźniów, oddzielone są od siebie rzędami siedzeń. Spora sala nie jest wypełniona w całości. W dzień powszedni, taki jak ten, wielu z nich pracuje, przez co na koncert przyjść nie mogli. Część z nich zatrudniona jest w samym Zakładzie Karnym - inni pracują na rzecz sołectwa Potulice. Najważniejsza jest jednak fabryka mebli funkcjonująca obok zakładu. Ze zrozumiałych powodów, pierwszeństwo do pracy mają osadzeni, którzy muszą płacić alimenty.
Podobnie jak na koncerty, więźniowie bardzo chętnie przychodzą na spotkania z ciekawymi ludźmi. W odróżnieniu od szkół czy uczelni, nie istnieje tu potrzeba sztucznego kreowania frekwencji, aby organizator mógł wyjść z sytuacji z twarzą. Często idą na nie przygotowani - wcześniej wiedzą o co chcą spytać. Emocje budzą zwłaszcza sportowcy. Byli tu już prezesi związku bokserskiego i piłki nożnej (co niektórzy mogliby zostać na dłużej - przyp. Ian / 2011). Osadzeni na własne oczy mogli zobaczyć złote medale wioślarza Roberta Sycza.
Udział w wydarzeniach kulturalnych jest dla więźniów formą nagrody, na którą muszą zasłużyć. Uczestników weryfikuje się więc według zachowania, a nie tego za co zostali skazani. Dobre sprawowanie może też oznaczać przyzwolenie dyrekcji więzienia na możliwość trzymania w celi komputera czy telewizora.

Siedzieli uparcie

- Do zobaczenia gdzieś tam, kiedyś - mówi wokalista Novotvoru po ostatnim utworze, co wśród części widowni wywołuje lekkie rozbawienie ("Nie chciałem ich dołować" - powiedział mi później). Rozlegają się ostatnie oklaski, ale z sali nikt nie wychodzi. Publiczność siedzi, cicho ze sobą rozmawiając. Po kilku minutach, w szeregi zespołu powoli wkrada się konsternacja. Muzycy, którzy zaczęli już demontować sprzęt, naradzają się co by jeszcze można zagrać. W końcu bez powodu tak uparcie nie siedzą. Ich dylematy rozwiązuje wreszcie jeden ze strażników, na którego rozkaz pierwsza z grup więźniów, dopiero opuszcza salę.
Choć atmosferę koncertu trudno zaliczyć do ognistych, to i obawy były nieuzasadnione. Pod adresem zespołu nie poleciał ani jeden wrogi okrzyk.
- Nie mamy doświadczenia z tego typu instytucjami i nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Wiadomo, jak to wygląda na filmach - mówią po koncercie członkowie Novotvoru.

Twarzy więźniów fotografować niestety nie mogłem, ale uwierzcie, że się przesadnie nie uśmiechali. 

niedziela, 1 maja 2011

Notka-anegdotka na beatyfikację

Historyjkę poniższą opowiedziała mi sympatyczna koleżanka. Koleżankę określiłbym jako areligijną, niezainteresowaną sprawami duszy, co nie przeszkadza (lub nie przeszkadzało) jej sporadycznie chodzić do kościoła... Czyli właściwie polska norma.
Zdjęcie z czasu żałoby - 8 maja, 2005 rok.  Fot. Ian

W 1999 roku wraz z ojcem wybrała się zobaczyć nawiedzającego okolice Bydgoszczy papieża Jana Pawła II. Na wypadek gdyby Opatrzność z bliżej nieokreślonych przyczyn postanowiła tego dnia nie sprzyjać, wyruszając na lotnisko, gdzie odbywało się spotkanie, wzięli parasol.

Na miejscu... no cóż, powiedzmy szczerze, kiedy JPII nie śpiewał i nie zagadywał tłumu, to nie był porywającym showmanem. Znudzony mszą ojciec koleżanki dostrzegłszy na ziemi Bogu ducha winny papierek, począł go molestować końcówką parasola. Wraz za nim wzrok w ziemię wbiła córka.
Patrzyli tak sobie i patrzyli na papierek wgniatany w podłoże, a banalna ta sprawa zostałaby zapominana, gdyby nie telewizja, która ich sfilmowała.
Wieczorem rodzina zobaczyła się w jednym z programów relacjonujących wizytę. Kadr, na którym ojciec z córką spoglądają w ziemię, opatrzono komentarzem z offu: "Podczas mszy świętej wierni modlili się w ogromnym skupieniu."

PS
Z braku bardziej palących problemów do rozwiązania przez Siłę Najwyższą, przez parę ostatnich lat katolicy modlili się o beatyfikację Jana Pawła II. Jak widać modlitwy zostały wysłuchane. I co teraz powiedzą sceptycy? Że modlitwa jest nieskuteczna? Ha!

piątek, 22 kwietnia 2011

Gry komputerowe dla katolików

Na rynku gier komputerowych od dawna istnieje poważna luka - brakuje produktów skierowanych do wyznawców najpopularniejszej w Polsce religii. Skoro katolików jest nad Wisłą 95% to dlaczego nikt nie uwzględnia ich wartości i zainteresowań? Zdominowany przez wiadome środowiska biznes rozrywkowy promuje kulturę śmierci i relatywizm moralny, sącząc jad w serca podatnych na manipulację dzieci. Całe szczęście ta smutna sytuacja zaczyna się zmieniać. Są już pierwsze jaskółki - atrakcyjne gry dla małych (a czasem i dużych) katolików, które pozwolą na rozrywkę przy komputerze bez obawy, że zetkną się z niepożądanymi treściami.

 Na początek przyjrzyjmy się grze przygodowej "Być uczniem Jezusa". Zaprasza ona do przeżycia pasjonującej przygody w świecie pierwszych chrześcijan. Dzięki niej przeniesiemy się w miejsca, w których żył i nauczał Pan Jezus. Można spotkać tu zarówno gorliwych wyznawców Chrystusa, jak i tych, którzy pragną zaszkodzić powstającym wspólnotom chrześcijan. Zadaniem gracza jest dostarczenie listu św. Pawła Apostoła do jednej z gmin chrześcijańskich. Po drodze wykonuje on wiele zadań. Niektóre z nich przybliżają ważne i piękne treści Ewangelii, a inne związane są z ludźmi oczekującymi na pomoc i ukazanie im prawdy o Panu Jezusie.
- W grze odnajdziemy mnóstwo akcentów humorystycznych i niespodziewanych zwrotów akcji - napisał o produkcji Jacek Górski w "Naszym Dzienniku". - Można tu spotkać nietuzinkowe postaci: kowala mówiącego tylko wierszem, pociesznego pana Asafa - "profesjonalnego farmaceutę" czy wesołego akwizytora.
"Być uczniem Jezusa". Doskonała zabawa przy wysmakowanej oprawie graficznej.

Kolejną produkcją godną uwagi są "Przygody św. Faustyny." Wraz z autorką słynnego "Dzienniczka" przenosimy się w różne epoki historyczne, pomagając w szerzeniu wiary katolickiej. W pierwszym etapie, nawiązującym do klasycznych gier przygodowych, wcielamy się w detektywa pomagając inkwizycji w znalezieniu heretyka ukrywającego pisma Galileusza i Kopernika. Gdy płomienie już wesoło zatańczą wokół bezbożnika, kolejne zadanie pozwoli naszym milusińskim rozruszać paluszki na podobieństwo gier sportowych (kto pamięta "Decathlon"?). Przenosimy się bowiem do 1682 roku, gdzie na wychłostanie przed egzekucją czeka Kazimierz Łyszczyński, pierwszy polski ateista. Zabawa polega na tym, że intensywnie stukając w strzałki klawiatury rozkręcamy nasz bicz na ekranie.
 W tym miejscu szczególnie mocno należy podkreślić walory edukacyjne gry. Dzieci same o tym nie wiedząc z przyjemnością chłoną historię Kościoła katolickiego.


Do współczesności przenosimy się na dwie misje w stylu szpiegowskim, zrealizowane na podobieństwo słynnego "Splinter Cell". Podczas pierwszej z nich, dzielna zakonnica trafia do trapionej problemem niżu demograficznego Kalkuty. Tam poznaje Matkę Teresę, z którą wspólnie powstrzymują transport prezerwatyw, zatapiając cały statek przy pomocy wcześniej nawróconej załogi. Druga misja niech będzie niespodzianką, zdradźmy tylko, że pistolet na wodę święconą w kombinacji z piłą różańcową to siła, której niewielu jest w stanie się oprzeć.
Warto również wspomnieć o minigrach, które przeplatają główny wątek (podobny zabieg zastosowano też w "Być uczniem Jezusa"). Np. konstruując bombę dla Erica Rudolpha, autora zamachów na klinki aborcyjne w USA, zmagamy się faktycznie z układanką, doskonale ćwiczącą pamięć i myślenie logiczne. To ważny aspekt dla każdego rodzica dbającego o rozwój swojej pociechy.

Jak widać na powyższych przykładach, gry mogą bawić i uczyć, jednocześnie wpajając pozytywny obraz wiary katolickiej. Podpowiedzmy, że mogą być np. doskonałym prezentem na I komunię (zwłaszcza, jeśli dziecko ma otrzymać również komputer), a także oczywiście na święta.
My zaś już ostrzymy sobie zęby na nową grę twórców "Przygód św. Faustyny" - zapowiedzianą niedawno symulację "Niszczyciela" (anioła śmierci), wysłanego przez Boga w okresie starotestamentowych plag egipskich (2 Wj, 12:23). Któż by nie chciał osobiście wziąć udziału w rzezi pierworodnych? I to z bydłem włącznie! Egipcjanie strzeżcie się!


PS
Gry można nabyć w księgarniach "Naszego Dziennika":
- w Warszawie, al. Solidarności 83/89, 00-144 Warszawa, tel. (22) 850 60 20;
- w Krakowie, ul. Starowiślna 49, 31-038
Kraków, tel. (12) 431 02 45;
oraz w Fundacji "Nasza Przyszłość" - oddział w Szczecinku, ul. Klasztorna 16, 78-400 Szczecinek (94) 373 11 60 (61, 62), a także w księgarniach religijnych na terenie całego kraju.

czwartek, 21 kwietnia 2011

dehumanizer.blog.pl kopnął w kalendarz


"Dosyć mam tego! Gdzie miałem oczy jak cię brałem?". Ten cytat z XV księgi Tytusa (pierwszego komiksu jaki przeczytałem w życiu) towarzyszył mi od kiedy tylko założyłem bloga w domenie blog.pl. Serwis wyglądał kiepsko, ale z takim adresem, zapleczem finansowym Onetu i mocną przeszłością pioniera na polskim rynku, nie można było naprawdę schrzanić sprawy. Prawda? Musieli się poprawić, prawda? Cóż, przez cały ten czas, czyli od 2008 roku z potrzebnych rzeczy udało im się dodać jeno tagi (ach te nowinki), a obsługa tego cuda pozostała koszmarna i do dziś zniechęca do wrzucania czegokolwiek. Ech...

Mimo iż liczbę czytelników Dehumanizera oceniam na taką, która dałaby się wsadzić do dużego fiata nawet bez wyjmowania trupa prostytutki z bagażnika, przyzwyczaiłem się, że mam gdzie wrzucić moje różności. Tak więc Dehumanizer na blog.pl kopnął w kalendarz ale odtąd będzie rezydował na googlowskim serwisie Blogger pod adresem (*werble*) http://nihilquest.blogspot.com/ (niestety "dehumanizer" był już zajęty).  
Podczas testów przeniosłem ze starego bloga tylko Rybę Sezonu, i po naciskach Polskiego Związku Wędkarskiego postanowiłem jej nie kasować. Stary adres zostaje jako archiwum, póki administratorzy go nie zgładzą.

PS
W ramach usług dla ludności, googlowski serwis Feedburner oferuje wysyłanie bloga e-mailem, zapisać się można gdzieś w górnym rogu tej strony. Ja już się zapisałem. Dwa razy!

środa, 5 stycznia 2011

Alternatywna ryba sezonu


Czesław lubił wędkować. Najczęściej łowił leszcze i płotki. Jako człowiek praktyczny, co złowił to zaraz zabierał do domu by usmażyć. Smażył zaś w maśle i tylko w maśle, był bowiem również człowiekiem pewnym swych gustów oraz konsekwentnym.
Gdy chodził nad rzekę, jako przynęty używał zawsze dżdżownic wychodzących mu z prawego oka. Czynił to nie bez satysfakcji, bowiem dżdżownice miały osobowość, której brakowało samemu Czesławowi, z natury ponuremu biurokracie o ograniczonych horyzontach. Małe stworzonka zaś, wydawało się, potrafiły mówić o wszystkim - najchętniej zwłaszcza opowiadały o odcinkach popularnego "Tańca z gniazdami". Być może to ten ich niepowtarzalny urok, zwłaszcza łatwo zauważalny po nabiciu na haczyk, decydował, że ryby uwiedzione gadką brały bez gadania. Kwestią czasu stało się więc, gdy Czesławowi trafi się coś większego niż leszcz.
Tamtego pamiętnego dnia wyjątkowo Czesławowi wędkowanie nie szło. Coś jakby wypłoszyło wszystkie potencjalne leszcze. Miał już się zbierać do domu, gdy nagle spławik drgnął i po krótkim holowaniu, Czesław wyciągnął z wody Kierownika Sprzedaży Sklepu Rowerowego. Gdy już delikatnie usunął haczyk z jego podniebienia, niski, szpakowaty mężczyzna cmoknął, przetarł binokle, obciągnął krawat z girlsami i powiedział:
- Do diaska. Jako ornitolog-amator... nieprzytomnie lubię ptaki... Wiedziałem, że ta słabość do gniazd w końcu mnie zgubi i oto się stało. Nie jestem wprawdzie złotą rybką, ale jeśli mnie wypuścisz, mogę spełnić trzy twoje życzenia. Muszą one jednak wiązać się z rowerami. Mów co tylko zapragniesz, a stanie się twoja wola, niezależnie od kosztów siodełka czy ramy.
Czesław posmutniał - przez te ledwie kilka sekund, zdążył polubić kierownika sprzedaży, zdawały się one bowiem ciągnąć w nieskończoność - nie znosił jednak rowerów.
- Nie znoszę rowerów - powiedział kierownikowi sprzedaży - jako człowiek konsekwentny nie mogę jednak cię od tak wypuścić i wrócić z pustymi rękami.
Jak powiedział, tak zrobił. Zabrał kierownika sprzedaży do domu i usmażył w maśle.

WARTO WIEDZIEĆ
Przepis Czesława na kierownika sprzedaży:
składniki:
1 Kierownik Sprzedaży Sklepu Rowerowego
cytryna
sól
pieprz
masło
bułka tarta do panierki
jajka
mleko
Kierownika Sprzedaży Sklepu Rowerowego wymoczyć 2 godziny w mleku, umyć, posolić skropić sokiem z cytryny. Panierować w jajku i bułce, smażyć na maśle na złoty kolor, ułożyć w naczyniu żaroodpornym zapiekać w piekarniku około 30 min w 180 st c. Smacznego!

piątek, 19 lutego 2010

Wielkie kino dla ubogich

W trakcie przygotowań do kręcenia clipu "(Also Sprach) Franky" wchłonąłem sporo bezużytecznej, ale często ciekawej wiedzy o świecie niezależnego filmu, czego owocem stał się m.in. poniższy tekst o mockbusterach. Oczywiście opisane zjawisko to patologia, niemniej fascynujące jakie możliwości stoją dziś przed praktycznie każdym, kto zechce wyjść poza rolę konsumenta. Niestety, to z tym chceniem właśnie jest największy problem i tego żaden postęp technologiczny nie usunie. 


Wielkie kino dla ubogich

Zmęczony pracą człowiek wchodzi do wypożyczalni wideo. Chciałby się rozerwać bezmyślną hollywoodzką produkcją. O... może Transformery?

Bierze pudełko z wielkim robotem na okładce, płaci, idzie do domu. Tam jednak okazuje się, że obsada jest nieznana, roboty wyglądają jak w podrzędnej grze komputerowej, a nazwiska reżysera Michaela Baya dopatrzeć się w czołówce nie sposób. Jest za to... wątek miłości lesbijskiej.

Co się stało? To nie „Transformery” a „Transmorfery”, czołowy przykład zjawiska nazwanego mockbuster. Termin ten to połączenie słów „mock” (przedrzeźniać) oraz blockbuster (przebój kinowy). W świecie przedmiotów użytkowych ich odpowiednikiem są wyroby takich firm jak Panasonix, Adidos czy Fuma. Ich cel jest taki sam - wydając niewiele, zarobić przez podłączenie się pod ogromną maszynę marketingową, jaka towarzyszy wielkim produkcjom. I tak, mamy np. „Węże w pociągu” zamiast „Węże w samolocie”, „Noc Halloween” zamiast „Halloween”, „Obcy kontra Łowca” zamiast „Obcy kontra Predator” oraz „Terminatory” zamiast „Terminator”. Później zaś oczywiście kręci się ich kontynuacje.

Obecnie firmą, która zdominowała działkę mockbusterów jest jedno studio filmowe - The Asylum, mieszczące się w Los Angeles. Działa szybko i precyzyjnie, podróbka wychodzi na kilka tygodni przed kinową premierą filmu, na którym był wzorowany. Zaczęli od podrobienia „Wojny Światów”, nadchodzącej wówczas, łzawej adaptacji powieści H.G. Wellsa, w reżyserii Stevena Spielberga i z udziałem Toma Cruise’a. Dla The Asylum to był wielki przebój, ich wersję, zatytułowaną „Wojna światów H.G. Wellsa” (twórcy podróbki mieli łatwe zadanie, ponieważ prawa autorskie do powieści wygasły), w ilości 100 tysięcy kopii kupił Blockbuster, największa sieć wypożyczalni w USA. Trafiła ona na półki w chwili premiery dzieła Spielberga w kinach.

Niskobudżetowe naśladownictwa to oczywiście nic nowego w historii kina. Podrabianie epickich produkcji Hollywoodu stało się jednak możliwe dopiero niedawno, dzięki dostępowi do taniego i coraz lepszego cyfrowego sprzętu wideo oraz komputerowym efektom specjalnym. Te ostatnie, choć nie wyglądają tak jak w produkcjach za kilkanaście milionów dolarów, pozwalają jednak producentom robić rzeczy, które kiedyś były nie do pomyślenia. Wystarczy spojrzeć na zajawkę „Megafault” - to jedna z ostatnich produkcji The Asylum, imitująca film katastroficzny „2012” Rolanda Emmericha. Eksplodują tam budynki i samochody, pękająca ziemia zapada się po horyzont, satelity strzelają laserami z orbity, a sprzętu wojskowego jest tyle, co na ćwiczeniach NATO. Tak dziś wygląda film niskobudżetowy.

Sukces mockbusterów leży w trafianiu z produktem do osób słabo zorientowanych, naiwnych, mało uważnych. W najlepszym przypadku oglądają je osoby wyjątkowo zainteresowane tematem - fani niszowej fantastyki, miłośnicy wyjątkowo złego kina (są tacy!), a także osoby, które chciałby po prostu obejrzeć cokolwiek, co przypomina ulubiony przebój. Ich popularność ściśle zależy także od tego, jak poradzi sobie ofiara tej podróbki. Jeśli domniemany hit okaże się klapą, pasożyt rodem z The Asylum również przepadnie. Jednak np. koszt „Transmorferów” zwrócił się już po trzech miesiącach.

Pracownicy The Asylum z pokorą przyjmują, że są czarnymi owcami tego biznesu. Osobom, które chcą w tej firime pracować, na swojej stronie tłumaczą, że są prostą drogą do zszargania sobie reputacji i dodają internetowy odnośnik do słowa... prostytucja. Chętnych jednak nie brakuje i nic dziwnego, bo tak kreatywna praca jest czymś niezwykłym. - My po prostu uwielbiamy robić filmy - tłumaczy współwłaściciel firmy, David Michael Latt - i robimy wszystko, aby były oglądane. Jego zdaniem, inni także produkują podróbki, po prostu The Asylum jest w tym procederze mniej subtelne.

Choć w Internecie można znaleźć wiele opinii krytycznych wpuszczonych w maliny widzów, to jednak zdaniem części z nich, produkcje studia konsekwentnie się polepszają. Kto wie, może spod ich ręki wyjdą jeszcze przyzwoite filmy. Ostatecznie wzorując się na takim dziele jak „Obcy kontra Predator” naprawdę trudno zrobić coś gorszego.

sobota, 13 lutego 2010

Tryton czyli zeznanie czterdziestolatka


Kto mnie choć trochę zna, ten wie, że nie obchodzę dosłownie żadnych świąt. Takie choćby urodziny, które bliżej nieznany osobnik wpisał mi w dowodzie osobistym (skądinąd do dziś niewymienionym na współczesny egzemplarz), są dla mnie bez znaczenia. Przynajmniej symbolicznego, bo przebieg czuję jak każdy, thank you very much. O pewnych datach jednak nie sposób zapomnieć, a najważniejszą z nich jest 13 lutego 1970 roku. W ów piątek, może najsłynniejszy z piątków trzynastego, czterdzieści lat temu od chwili gdy to piszę, świat ujrzała debiutancka płyta zespołu Black Sabbath. Przy odgłosach burzy i uderzeniach dzwonu, wraz z pierwszym trytonem Iommiego urodziłem się też prawdziwy ja. Ech, do diabła, że też nikt nie wpadł na to by dać mi "Tryton" na drugie!

Przez lata gapiłem się na okładkę z tajemniczą kobietą na tle starego domu. Gdy wraz z nadejściem Internetu odkryłem, że to miejsce wciąż istnieje, wiedziałem że będę musiał tam pojechać. Stało się to wreszcie w naprawdę wyjątkowym dla mnie 2007 roku (który sam był jak uderzenie pioruna w środku cichej nocy), dzięki uprzejmości mieszkającego w Anglii kumpla, również fana Black Sabbath. Do dziś pamiętam jak Szymon tłumaczył wyprawę żonie: To jest poważna sprawa, Ian wydaje miesięczną pensję, żeby to zobaczyć!

Miejsce rzeczywiście było magiczne, a możliwość zobaczenia na żywo czegoś co dotychczas znałem jako jedną, niewyraźną klatkę na styku rzeczywistości i fantazji wprost trudne do opisania. Mało kto jest w stanie to zrozumieć, w końcu to tylko "jakiś dom" (właściwie młyn wodny) z okładki starej płyty, ale każdemu życzę by przeżył tak wyjątkową chwilę z tym co dla niego ważne.

W Anglii nie chciałem oglądać Pałacu Buckingham, Big Bena ani London Bridge. Poza niesamowitym młynem zaliczyliśmy jeno pielgrzymkę pod domy Ozzy'ego i Geezera w Aston Birmingham, gdzie na przełomie lat 60. i 70. hartowała się stal, która zmieniła świat. A mój zaczęła.

Tak więc "Black Sabbath". Dla Nich lat czterdzieści, dla mnie prawie dwadzieścia, a muzyka nie zestarzała się nawet o dzień:



(To jest bardzo klimatyczna lecz dość surowa wersja na żywo w studio, trzeba przyznać, że wyglądali wtedy dość zabawnie)

Na koniec, jeszcze zanim pingwin na telewizorze eksploduje, kompromitacja w stylu naszoklasowym. 2007 to był naprawdę wyjątkowy rok.


PS
Debiut Black Sabbath zapoczątkował w muzyce nurt, z którym mimo skoków w bok czuję się związany najbardziej. Ladies and gentlemen, będę mówił po polsku, ale śpiewał po angielsku, bo dzięki czterem chłopakom z Birmingham, sprzedałem duszę za rock'n'rolla. Oto mój skromny, kulinarno-muzyczny debiut reżyserski, nieoficjalnie znany jako "Gotuj z Nihil Quest". Historia niemieckiego kanibala Armina Meiwesa, dla kumpli z internetu po prostu Franky'ego:


czwartek, 28 stycznia 2010

Dotknięci kluskową macką

Poniższy tekst napisałem na potrzeby komErcyjnej publikacji, stąd jest grzeczniejszy i bardziej idiotoodporny niż zwykle oraz niestety mniej wyczerpujący niż temat zasługuje. Pasuje jednak na bloga tak bardzo, że szkoda byłoby go nie wkleić.


Dotknięci kluskową macką

Czy świat został stworzony macką odurzonego alkoholem Latającego Potwora Spagetti? A kto udowodni, że nie - powiedział Bobby Henderson i zrobił światową karierę.

W 2006 roku, ówczesny europoseł LPR Maciej Giertych, na konferencji w Brukseli zaatakował darwinowską teorię ewolucji, żądając wycofania jej ze szkół i zastąpienia kreacjonizmem. Argumenty miał mocne - powoływał się m.in. na legendę o Smoku Wawelskim. Mimo wsparcia nie byle kogo, bo samego wiceministra edukacji narodowej Mirosława Orzechowskiego (podwładnego Romana Giertycha, czyli syna europosła Macieja), sprawa jednak upadła. Od tamtego czasu jedynym głośnym echem dyskusji nad stworzeniem świata była wypowiedź piosenkarki Dody, która wywołała oburzenie stwierdzeniem, iż autorzy Biblii („napruty winem i palący jakieś zioła”) ominęli dinozaury.

Akcja Macieja Giertycha była nieudaną próbą przeniesienia na nasz grunt głośnego sporu światopoglądowego, który od lat toczy się w USA. Istnieją tam bardzo silne są grupy opowiadające się za kreacjonizmem, czyli poglądem, iż świat został stworzony przez Boga w obecnej postaci. Niektórzy, opierając się na tradycyjnej chronologii biblijnej, twierdzą wręcz, iż Ziemia liczy sobie zaledwie kilka tysięcy lat. Wszystko zaś, co dowodzi czego innego (badania, skamieliny etc.), to efekt działalności Boga, który w ten sposób testuje wiarę ludzi.

Bardziej strawną odmianą kreacjonizmu, przygotowaną dla potrzeb wykształconego człowieka, jest teoria Inteligentnego Projektu. W przeciwieństwie do konkurencyjnego darwinizmu, uznaje ona, że za właściwościami wszechświata oraz procesów przyrodniczych stoi Inteligentny Projektant (w domyśle - Bóg). Nie była ona nigdy opisana w żadnym prestiżowym piśmie naukowym, ponieważ jej zwolennicy nie są w stanie na swe twierdzenia przedstawić żadnych dowodów. Nie przeszkadza to im jednak domagać się oraz lobbować, aby była ona nauczana w szkołach publicznych i stawiana na równi z uznanym przez świat nauki darwinizmem.

W 2005 do takiej sytuacji doszło w amerykańskim stanie Kansas, gdzie Rada Edukacji rozważała wprowadzenie teorii Inteligentnego Projektu do programu nauczania. Sprowokowało to do odpowiedzi Bobby’ego Hendersona, wówczas 25-letniego fizyka, który w otwartym liście do rady postanowił zostać... prorokiem nowej religii. Tak narodził się Kościół Latającego Potwora Spagetti (ang. Flying Spaghetti Monster), oraz ruch zwany pastafarianizmem (od włoskiego słowa „pasta” - makaron). Według Hendersona świat został stworzony kluskową macką Latającego Potwora Spagetti po obfitym spożyciu alkoholu. Przedstawił na to dowody (patrz niżej - przyp. red.) wzorowane na tych, których używają kreacjoniści, jednak podane w absurdalnej otoczce i oczywiście tak samo niemożliwe do zweryfikowania przez naukę.

- Mam nadzieję, że doczekamy czasu, gdy teorie Inteligentnego Projektu, Latającego Potworyzmu-Spagettizmu oraz opartego na logicznym domniemaniu wobec przytłaczającej liczby obserwowalnych dowodów darwinizmu, otrzymają w szkołach równą ilość czasu - napisał. Ku zaskoczeniu Hendersona, list zrobił furorę. W błyskotliwy sposób zwrócił bowiem uwagę na to, że skoro w szkołach można nauczać jednej teorii o religijnym, a nie naukowym podłożu, to można i innych - choćby nie wiadomo jak nieprawdopodobnych czy śmiesznych. Odmowa byłaby przecież dyskryminacją danej grupy, a tę można zaskarżyć do sądu.

List okazał się ogromnym sukcesem najpierw w Internecie. Henderson otrzymał 15 tysięcy e-maili, a jego stronę w ciągu roku odwiedziło ok. 15 milionów osób. Sprawę podchwyciły też tradycyjne media - list wydrukowały m.in. New York Times i The Washington Post. Wkrótce Henderson otrzymał 80 tysięcy dolarów zaliczki na napisanie książki o Latającym Potworze Spagetti. Tajemniczy stwórca, wyglądający jak kupa makaronu z dwoma klopsikami i oczami na wypustkach, wkrótce stał się symbolem i orężem dla osób walczących o świeckość szkół i państwa. Po dwóch latach Rada Edukacji w Kansas wycofała poparcie dla krytyków darwinizmu.

Natychmiastowy sukces kampania pastafarian odniosła zaś w Polk County na Florydzie. Potwora wyciągnięto tam gdy pięciu z siedmiu członków rady edukacji zadeklarowało wiarę w Inteligentny Projekt. Podziałało. - Zrobili z nas pośmiewisko na cały świat - mówiła członkini rady Margaret Lofton, a temat z ulgą zagrzebano.

Po paru latach kult LPS wciąż zyskuje na popularności, znajdując wyznawców zwłaszcza wśród internautów. Mówi się o nim także na zupełnie poważnych konferencjach, poświęconych religii, ponieważ w dowcipny sposób ilustruje poważny problem. Co więcej, na oficjalnej stronie Kościoła (www.venganza.org) utytułowani naukowcy ręczą swoim autorytetem, że teorie Inteligentnego Projektu i Latającego Potworyzmu-Spagettizmu zasługują na równorzędne potraktowanie.

LPS dotarł także do Polski i prędzej czy później jego wyznawcy mogą zacząć się domagać równego traktowania. Kto wie, może nawet stosownego symbolu w szkolnych klasach?


WIERZENIA PASTAFARIAN

- Dowody na prawdziwość ewolucji zostały podrzucone przez Latającego Potwora Spagetti, który w ten sposób testuje wiarę pastafarian.

- Ziemia jest znacznie młodsza niż wydaje się to naukowcom. Po prostu za każdym razem, gdy dokonują pomiarów, Latający Potwór Spagetti zmienia wyniki w ich urządzeniach swoją niewidzialną kluskową macką.

- W każdy piątek jest święto religijne (można z pracodawcą negocjować dzień wolny).

- W niebie ma znajdować się wulkan eksplodujący piwem oraz fabryka striptizerek. Piekło wygląda podobnie, lecz piwo jest zwietrzałe a striptizerki mają choroby weneryczne.