Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 marca 2016

Powrót do retroprzyszłości (recenzja gry „Technobabylon”)



Ciężko być apostołem cyberpunka w czasach gdy chłop idzie przerzucać gnój, mając w spodniach urządzenie łączące go z całym wirtualnym światem. Mógłby się dzięki niemu włamać do Pentagonu albo chociaż spółdzielni mleczarskiej, ale z hackowania zna się tylko na rąbaniu drewna, jak dziad i ojciec. Gdzieś zbłądziliśmy.

Cyberpunk nawet w swojej najbardziej archaicznej postaci to jednak wciąż konwencja efektowna, atrakcyjna dla publiczności, zapewne zwłaszcza tej, która pamięta lata 90.

W owych czasach, gdy industrial wydawał się przyszłością rocka, a „cyber” i „multimedia” wymawiano częściej niż „Szczęść Boże” w Radiu Maryja, grom komputerowym królowały przygodówki. Produkcje te, oparte na fabule, dialogach i kombinowaniu, opatrzone były imponującą oprawą graficzną, zajmowały rekordową liczbę dyskietek, a później CD-ROM-ów. U progu nowego wieku, w epoce grafiki 3D, ich blask przygasł. Duże firmy porzuciły gatunek, osierocając garstkę zagorzałych fanów, którzy do dziś chlipią, wspominając dzieła takie jak „The Secret Of Money Island". Jedną z firm, starającą się zagospodarować tę niszę, jest Wadjeteye Games, wydawca i studio znane m.in. z cyklu „Blackwell Legacy” oraz „The Shivah”, głośnej gry z przeżywającym kryzys wiary rabinem w roli głównej. Pod ich szyldem wychodzą produkcje o archaicznej oprawie wizualnej, zazwyczaj wiernie trzymające się kanonu ustalonego przez gigantów gatunku ponad 20 lat temu.

Jedną z ostatnich pozycji wydawcy jest „Technobabylon”, rasowy cyberpunk, sporządzony według receptur Williama Gibsona i mocno zapatrzony w Blade Runnera. Intryga rozpoczyna się od plagi kradzieży umysłów, która dotyka grupę wybitnych specjalistów. Para detektywów pracująca nad tą zagadką będzie musiała się zmierzyć z dylematami związanymi z tworzeniem sztucznej inteligencji i jej wpływem na ludzkość.


Świat Technobabylon wygląda jak z cyberpunkowego podręcznika. Są narkotyki, uzależnieni od cyberprzestrzeni, hackerzy, rozpasany gender (ten niestety tylko w dialogach), neony, androidy i oczywiście zaśmiecone uliczki, skąpanego w niebieskiej poświacie miasta. Na przykładzie gry dobrze widać, jakie problemy mają dziś fantaści z cyberpunkiem. Nie znajdziemy tutaj internetu, tę rolę odgrywa „trans", który wygląda dokładnie tak, jak cyberprzestrzeń w wyobrażeniach z lat 80 i 90. Są dziwaczne awatary, platformy zawieszone w powietrzu, figury geometryczne i programy, których używa się jak przedmiotów. Jednym zdaniem - klękajcie chamy przed technologią przyszłości, która... dziś nie robi na nikim wrażenia. W dodatku, raczej to wszystko niepraktyczne, więc już e-maile (przepraszam „t-maile”) oraz komputery działają w Technobabylon w oparciu o system operacyjny, który wygląda jak upośledzony kuzyn Windows 95. Bohaterzy posługują się też czymś w rodzaju komórek, które możliwościami przypominają złote czasy Nokii. Trudno wyczuć czy to stylizacja, czy nieporadność, w każdym razie coś zgrzyta.



Obszar rozgrywki ogranicza się do kilku lokacji (często wręcz jednej), a przedmiotów do wykorzystania jest mało, co sprawia, że zagadki nie są trudne do rozwiązania i gra toczy się żwawym tempem. Zaawansowani miłośnicy gatunku, nie powinni mieć większych problemów z ukończeniem gry bez podpowiedzi, choć oczywiście, dla niektórych będzie to akurat wada...
Bardziej niż na łamanie głowy, należy się więc nastawić na uroki fabuły, a ta niestety nie porywa. Jej główny zwrot może być co najwyżej zaskoczeniem dla ludzi, których zaskoczyło zatonięcie statku w "Titanicu".



Twórcy każą nam wcielać się w różne postaci na zmianę, sprawiając, że faktycznie trudno określić, kto jest głównym bohaterem historii. Byłoby to jeszcze do przyjęcia, gdyby nie to, że większość z nich ma tyle charyzmy co przeciętny telemarketer i niestety też równie dużo do powiedzenia. W dodatku postaci często wyjaśniają sobie rzeczy, które wcześniej robiły na naszych oczach za naszym pośrednictwem.
O dziwo ciekawie wypadają drugo i trzecioplanowi przedstawiciele sztucznej inteligencji. Może więc czas już na grę o maszynie serwującej jedzenie?
Są też momenty, gdy Technobabylon atakuje nas żargonem i zamienia się w Technoblablalon, ale wszak nic to dla człowieka, który przebrnął przez Neuromancera.

Mimo wad, dla zdeklarowanego miłośnika przygodówek, Technobabylon jest grą, którą warto sprawdzić. Jak na mocnego średniaka przystało, nie pozostawi on może wielkiego wrażenia, zapewni jednak kilkanaście godzin rozrywki. Pozostali gracze, czy też po prostu miłośnicy tego klimatu, powinni raczej sięgnąć po Gemini Rue (również wydaną przez Wadjet Eyes), grę podobną, lecz znacznie ciekawszą.

Retro czy nie, cyberpunk do piachu się nie wybiera. Widać potrzebujemy trochę punka w naszych cyberczasach.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Alien: Ślusarz i Elektryk

  


Jeśli któryś z klasycznych filmów SF zasługiwał na grę wbijającą gracza w rolę zaszczutej ofiary, to z pewnością Obcy. Powracający do klaustrofobicznego klimatu dzieła Ridleya Scotta "Alien: Isolation" spotkał się z entuzjastycznymi ocenami. Czy z punktu widzenia nie tylko gracza, ale i fana serii tytuł ten rzeczywiście jest przełomowy?

Każdy miłośnik staroszkolnego SF, nie tylko "Aliena", powinien, choć na chwilę, odpalić tę grę. Odwzorowanie wnętrz statków i stacji kosmicznej, interfejsów komputerowych w stylu lat 70 XX wieku, cały klimat otoczenia jest imponujący. Nieźle wyglądają też nasi przeciwnicy - oczywiście alien, ale także mordercze androidy o anonimowych twarzach i monotonnych głosach, które wydają się jeszcze bardziej obce niż sam obcy.

Sama rozgrywka trzyma w napięciu. Polega głównie na przemykaniu się ciemnymi korytarzami, chowaniu się po szafkach i tunelach z czujnikiem ruchu w ręku. Z obcym walki właściwie nie ma, jest on nieśmiertelny. Można jedynie zmusić kreaturę do odwrotu przy pomocy miotacza ognia, co daje kilkanaście sekund oddechu. Wystarczy mały błąd i Ripley zostaje brutalnie zabita, czemu towarzyszy tyleż imponująca, co makabryczna animacja. Autorzy znakomicie opanowali sztukę wzbudzania grozy. Niestety, nie udało im się uniknąć monotonii i tutaj prawie kończą się dobre wiadomości.

Kici kici...
Wyobraźnia twórców gry jest ograniczona jak scenariusz filmu pornograficznego. Trudno liczyć na zaskoczenie, gdy każdy zwrot akcji prowadzi do tego samego. Nasza bohaterka Amanda Ripley (córka znanej z filmów Ellen) głównie włącza i wyłączania zasilanie do jakichś maszyn. Ponadto jeszcze otwiera drzwi. Raz są na nich blokady mechaniczne, innym razem wymagane są klucze elektroniczne, hakowanie lub palnik (wszystko w kilku odmianach) oraz oczywiście trzeba włączyć prąd. Nietrudno wyobrazić sobie, że takie misje mogłyby być generowane przez komputer w nieskończoność.

Przyszłość widziana z lat 70.
Sama fabuła jest szczątkowa, wszystkie występujące postaci służą tylko do tego, by dawać zadania Ripley. Czasem giną i są zastępowane przez inne, co nie sprawia żadnej różnicy, bo i tak nie budzą emocji. Nasza bohaterka zawsze znajduje się w roli pionka gotowego coś włączyć, odłączyć lub otworzyć. Nieco ciekawsze są audiodzienniki i zapisy w komputerach, które sączą historię upadku stacji kosmicznej. Ten mało oryginalny zabieg wciąż się sprawdza.

Dużo było słychać o inteligencji, którą w grze będzie obdarzony obcy. W praktyce chodzi chyba o to, że zapoznał się z materiałem źródłowym i doszedł do słusznego wniosku, że głównym źródłem kłopotów będzie Ripley, tak jak wcześniej jej matka. Obcy jest więc cały czas na karku - nawet gdy nie jest w stanie nic wywęszyć, zawsze kręci się w części stacji gdzie przebywamy. Stwór mało interesuje się innymi ludźmi, chyba że akurat tak mu każe scenariusz, albo wdamy się z nimi w walkę. Androidy natomiast ignoruje kompletnie. Efektem takiego zachowania obcego jest to, że przywyka się do niego niczym do domowego kota. Chodzenie za jego ogonem staje się w pewnym momencie zupełnie naturalne, bo inaczej nie posuniemy się w grze. Możemy chować się godzinami, a i tak zawsze będziemy słyszeć jego wesołe tuptanie w najbliższej okolicy.


Uproszczone wersje androidów czasem lepiej straszą od obcego

Niespodziewanie gdzieś w połowie gry na chwilę wyskakujemy z roli Amandy i dostajemy coś w rodzaju interaktywnego filmu, który jest kopią sceny odkrycia przez załogę Nostromo statku z "Gwiezdnym jockeyem" i kokonów obcego. Dla miłośników dzieła Scotta powinna być to duża przyjemność, bo można swobodnie eksplorować pomieszczenia znane z filmu. Szkoda, że mimo braku faktycznej rozgrywki, dzieje się tam więcej znaczących rzeczy niż w całej reszcie gry. Później wracamy do chowania się po szafkach i tak już do samego końca. Ten jest zresztą tak samo ubogi w pomyślunek, jak cała reszta fabuły. Coś się dzieje i nie wiadomo co, acz skłonny jestem zaryzykować, że pewnie niedługo trzeba będzie jakieś drzwi otworzyć i prąd podłączyć.

Alien: Isolation budzi we mnie mieszane uczucia. Pod pewnymi względami ociera się o wybitność, pozostając przy tym grą tak pustą, pozbawioną duszy i wyobraźni, że krzyczeć się chce. Tego zaś, jak to w kosmosie, nikt nie usłyszy.

wtorek, 14 lipca 2015

Zbrodnia z archiwum Gamblera

Jakiś gość (dzięki!) wrzucił na Wykop moje opowiadanie, które ukazało się w piśmie dla graczy komputerowych Gambler i jeszcze napisał, że to jedno z jego ulubionych z tego okresu... Data wydania - lipiec 1998!!! Czyli pisałem to w liceum. Miło, że się w ogóle zachowało, nie mówiąc już o tym, że ktoś to po tylu latach pamięta.



Uaktualnienie

Na YouTube pojawiła się wersja audio opowiadania z customową grafiką. Nie jest to profi nagranie, ale i tak zaskoczenie spore. Może za dziesięć lat się okaże, że ktoś to zekranizował albo w teatrze wystawiał.


środa, 3 kwietnia 2013

Dentodrama [opowiadanie]

Niedobre Literki - Polskie Centrum Bizarro (oby żyły wiecznie) zamówiły u mnie opowiadanie na Dzień Dentysty. Jakże mogłem odmówić? Tak powstał skromny, absurdalny szorcik pt. "Ząbi", który po borowaniu wstępnym niniejszym trafia na leczenie kanałowe w zakładzie usług stomatologicznych Dehumanizer. Niedeobroliterkowe opowiadania innych dewiantów literackich można przeczytać o TU.


czwartek, 20 grudnia 2012

Pastorapokalipsałka

Watykan 20.XII.2012

Palec Benedykta XVI nad przyciskiem atomowym zawisł z niepewnością.
- No? Co znowu? - kardynał Delgado tym razem już nie mógł ukryć irytacji. - Szefie, bywasz taką pierdołą, że czasem mam ochotę wziąć ten pastorał i zlać cię na gołe dupsko. Cholerni Niemcy i te ich historyczne kompleksy na punkcie ludobójstwa!
Ojciec święty zdjął piuskę ścierając z twarzy kropelki potu. - Scheise, czy to dziwne, że się boję? A jeśli Majowie blefują? Jeśli jutro nic by się nie stało?
Delgado zacisnął pięści, aż skrzypnął mu różaniec. - Ile starczych, pozbawionych przyjemności lat ci jeszcze zostało, że nie chcesz ich zaryzykować dla glorii Chrystusa? Tracimy siłę, jeszcze kilkadziesiąt lat i będzie po Kościele katolickim, a tak przynajmniej mamy szansę odejść z hukiem. Zobacz, oświadczenie dla prasy mam tutaj na laptopie. Jedno kliknięcie i zdążą to jeszcze nadać, zanim pierwsze rakiety uderzą w miasta. Tylko posłuchaj:

"W imieniu Jezusa Chrystusa ogłaszamy koniec świata i życzymy przyjemnej podróży w zaświaty. Z poważaniem Benedykt XVI
PS I co teraz niedowiarki?"

Delgado wciągnął powietrze do płuc. - Czy widzisz ateistów? Jak popuszczają sraczkę, gdy biegają w poszukiwaniu jakiegokolwiek krzyża? Ha, a tak walczyli, żeby je zdejmować, frajerzy! Benek, nie bądź cipą. Nie mamy nic do stracenia. Jezus zapowiedział powtórne przyjście i koniec świata jeszcze za życia ludzi, którzy go pamiętają. To znaczy, że spóźnia się jakieś dwa tysiące lat. Do kurwy nędzy, wiesz jak my z tym wyglądamy? Tacy świadkowie Jehowy przesuwali już datę apokalipsy pięć razy.
- Ja za tych małych chujków nie odpowiadam - zaprotestował papież drapiąc się po karku Pierścieniem Rybaka.
- Benny, Benny - nie widzisz całego obrazu - lamentował Delgado. - Tyle lat w tajemnicy rozstawialiśmy rakiety po kościołach na całym świecie. Igraliśmy z ogniem wożąc pluton papamobilem podczas tych cholernych pielgrzymek... Tyle przygotowań i co, teraz zaryzykujemy, że jakieś dzikusy wyprzedzą nas z końcem świata? Choć na finiszu pokażmy, że nie byliśmy w tym tylko dla pieniędzy.

- Aha! - Benedykt poderwał się z tronu. W ułamku sekundy znalazł się przy kardynale, zaskoczonym i bezradnym. Świst rozdarł powietrze. Prowadzony pewną ręką pastorał zakończył lot na zębach Delgado. Mężczyzna runął na posadzkę ciągnąc za sobą smugę krwi.

- Głupcze - wiem kim jesteś! - wykrzyknął papież. - Koniec świata wam się zamarzył, co? Moimi rękami, co? Scheise! Niedoczekanie! Maya schwein!

- Ale jak?

- Ciało Delgado przypadkowo znaleziono już miesiąc temu, w żołądku grubej tajskiej prostytutki. Och, doskonale go podrobiłeś, muszę to przyznać... Ja, richtig, fizycznie zgadzacie się co do pieprzyka na pośladku, psychicznie jednak czegoś zabrało.

- Ja też jestem Delgado. Kardynał był moim bratem bliźniakiem, a dla dobra tej akcji musiałem go zabić - zwiesił głowę agent Majów.

- Imponujące, sehr gut. Szkoda, że wybrałeś złą stronę. Tak czy siak, koniec świata poczeka. Bo dziś mein freund... - papież złowieszczo zawiesił głos przygniatając pastorałem krocze mężczyzny. - Wyśpiewasz mi gdzie jest złoto Majów.

wtorek, 30 października 2012

środa, 10 października 2012

środa, 2 listopada 2011

Hemingway to hell



Miesiąc pod znakiem premier. W listopadowym numerze pisma "Science Fiction, Fantasy & Horror" (nr 73) znajdziecie moje opowiadanie "Memento Mortyria" (powyżej jego ilustracja ze środka numeru). Nie jest to jakiś drobiazg, ale całkiem spory kawał prozy. Żeby było ciekawiej opowiadanie łączy się w jednym wątku z utworem Nihil Quest - Chemical Savior (więcej o tym kawałku pisałem w blogu tutaj). Jeśli dobrze się przypatrzeć to można znaleźć też odniesienie do jeszcze jednego kawałka z "0.9". Mortyria jest utrzymana w staroszkolnym stylu SF, czyli rzecz dla mnie nietypowa, ale też zawsze lubiłem takie klimaty.


Druga ważna rzecz to premiera pełnowymiarowej płyty Nihil Quest. Wypuścimy ją za parę dni, całkowicie free. Nie zmieniajcie tego kanału.

Jest jeszcze jedna premiera, ale za to odwołana... Teledysk do Chemical Savior. Niestety na skutek nieodpowiedzialnych działań pewnej osoby (She Who Must Not Be Named) zostaje przesunięta na czas nieokreślony.

piątek, 19 lutego 2010

Wielkie kino dla ubogich

W trakcie przygotowań do kręcenia clipu "(Also Sprach) Franky" wchłonąłem sporo bezużytecznej, ale często ciekawej wiedzy o świecie niezależnego filmu, czego owocem stał się m.in. poniższy tekst o mockbusterach. Oczywiście opisane zjawisko to patologia, niemniej fascynujące jakie możliwości stoją dziś przed praktycznie każdym, kto zechce wyjść poza rolę konsumenta. Niestety, to z tym chceniem właśnie jest największy problem i tego żaden postęp technologiczny nie usunie. 


Wielkie kino dla ubogich

Zmęczony pracą człowiek wchodzi do wypożyczalni wideo. Chciałby się rozerwać bezmyślną hollywoodzką produkcją. O... może Transformery?

Bierze pudełko z wielkim robotem na okładce, płaci, idzie do domu. Tam jednak okazuje się, że obsada jest nieznana, roboty wyglądają jak w podrzędnej grze komputerowej, a nazwiska reżysera Michaela Baya dopatrzeć się w czołówce nie sposób. Jest za to... wątek miłości lesbijskiej.

Co się stało? To nie „Transformery” a „Transmorfery”, czołowy przykład zjawiska nazwanego mockbuster. Termin ten to połączenie słów „mock” (przedrzeźniać) oraz blockbuster (przebój kinowy). W świecie przedmiotów użytkowych ich odpowiednikiem są wyroby takich firm jak Panasonix, Adidos czy Fuma. Ich cel jest taki sam - wydając niewiele, zarobić przez podłączenie się pod ogromną maszynę marketingową, jaka towarzyszy wielkim produkcjom. I tak, mamy np. „Węże w pociągu” zamiast „Węże w samolocie”, „Noc Halloween” zamiast „Halloween”, „Obcy kontra Łowca” zamiast „Obcy kontra Predator” oraz „Terminatory” zamiast „Terminator”. Później zaś oczywiście kręci się ich kontynuacje.

Obecnie firmą, która zdominowała działkę mockbusterów jest jedno studio filmowe - The Asylum, mieszczące się w Los Angeles. Działa szybko i precyzyjnie, podróbka wychodzi na kilka tygodni przed kinową premierą filmu, na którym był wzorowany. Zaczęli od podrobienia „Wojny Światów”, nadchodzącej wówczas, łzawej adaptacji powieści H.G. Wellsa, w reżyserii Stevena Spielberga i z udziałem Toma Cruise’a. Dla The Asylum to był wielki przebój, ich wersję, zatytułowaną „Wojna światów H.G. Wellsa” (twórcy podróbki mieli łatwe zadanie, ponieważ prawa autorskie do powieści wygasły), w ilości 100 tysięcy kopii kupił Blockbuster, największa sieć wypożyczalni w USA. Trafiła ona na półki w chwili premiery dzieła Spielberga w kinach.

Niskobudżetowe naśladownictwa to oczywiście nic nowego w historii kina. Podrabianie epickich produkcji Hollywoodu stało się jednak możliwe dopiero niedawno, dzięki dostępowi do taniego i coraz lepszego cyfrowego sprzętu wideo oraz komputerowym efektom specjalnym. Te ostatnie, choć nie wyglądają tak jak w produkcjach za kilkanaście milionów dolarów, pozwalają jednak producentom robić rzeczy, które kiedyś były nie do pomyślenia. Wystarczy spojrzeć na zajawkę „Megafault” - to jedna z ostatnich produkcji The Asylum, imitująca film katastroficzny „2012” Rolanda Emmericha. Eksplodują tam budynki i samochody, pękająca ziemia zapada się po horyzont, satelity strzelają laserami z orbity, a sprzętu wojskowego jest tyle, co na ćwiczeniach NATO. Tak dziś wygląda film niskobudżetowy.

Sukces mockbusterów leży w trafianiu z produktem do osób słabo zorientowanych, naiwnych, mało uważnych. W najlepszym przypadku oglądają je osoby wyjątkowo zainteresowane tematem - fani niszowej fantastyki, miłośnicy wyjątkowo złego kina (są tacy!), a także osoby, które chciałby po prostu obejrzeć cokolwiek, co przypomina ulubiony przebój. Ich popularność ściśle zależy także od tego, jak poradzi sobie ofiara tej podróbki. Jeśli domniemany hit okaże się klapą, pasożyt rodem z The Asylum również przepadnie. Jednak np. koszt „Transmorferów” zwrócił się już po trzech miesiącach.

Pracownicy The Asylum z pokorą przyjmują, że są czarnymi owcami tego biznesu. Osobom, które chcą w tej firime pracować, na swojej stronie tłumaczą, że są prostą drogą do zszargania sobie reputacji i dodają internetowy odnośnik do słowa... prostytucja. Chętnych jednak nie brakuje i nic dziwnego, bo tak kreatywna praca jest czymś niezwykłym. - My po prostu uwielbiamy robić filmy - tłumaczy współwłaściciel firmy, David Michael Latt - i robimy wszystko, aby były oglądane. Jego zdaniem, inni także produkują podróbki, po prostu The Asylum jest w tym procederze mniej subtelne.

Choć w Internecie można znaleźć wiele opinii krytycznych wpuszczonych w maliny widzów, to jednak zdaniem części z nich, produkcje studia konsekwentnie się polepszają. Kto wie, może spod ich ręki wyjdą jeszcze przyzwoite filmy. Ostatecznie wzorując się na takim dziele jak „Obcy kontra Predator” naprawdę trudno zrobić coś gorszego.