wtorek, 21 lutego 2017

Ciężkie grzechy Ojca Morderstwo ("31", Rob Zombie, 2016)




Reżyser Rob Zombie chyba miał dość krytyki, po jego ostatnich, ciężkich od eksperymentów i symboliki filmach. Mogły się podobać lub nie, ale trzeba przyznać, że wkładanie psychodelicznych wizji do "Halloween 2" (2009) wymagało sporej odwagi. Podobnie "Lords Of Salem" (2012) szło na przekór oczekiwaniom, tonąc w dziwactwach i skromnie dawkując akty przemocy. Zombie od tego drugim Kubrickiem jednak nie został, więc może dlatego postanowił wrócić do korzeni, czyli tego, co zaprezentował w "Domu 1000 trupów" i "Bękartach diabła".

"31" to film opowiadający o pracownikach objazdowego wesołego miasteczka, którzy trafiają do "MurderWorld", kompleksu gdzie muszą przeżyć 12 godzin, ścigani przez sadystycznych klaunów w ramach dorocznej gry, urządzanej dla uciechy bogaczy. Trzeba przyznać, że pomysł brzmi całkiem oryginalnie, o ile oczywiście przez ostatnich 30-parę lat oglądaliście wyłącznie seriale brazylijskie. Najsłuszniejsze skojarzenie to oczywiście Uciekinier ("The Running Man", 1987 r.), ale od tamtego czasu było zatrzęsienie filmów o śmiertelnych grach. W 2001 roku powstał nawet film, w którym uczestników gonią klauni ("Slashers", 2001).

Rob Zombie nie celował w oryginalność choćby dlatego, że obiecał fanom to, co już znają i zrobił ten film za ich pieniądze. Publiczna zbiórka zapewniła mu budżet 1,5 miliona dolarów. Niewiele, nawet jak na horror.

Film miał być najpaskudniejszym, najbardziej brutalnym dziełem Zombiego, tymczasem po jego ukończeniu, reżyser pobiegł do amerykańskiej cenzury, czyli MPAA po certyfikat umożliwiający wyświetlanie go w kinach z oznaczeniem "R". Dzięki temu na film mogły wchodzić nastolatki oraz co równie ważne, pozwoliło to na szerszą dystrybucję, ponieważ filmy zastrzeżone dla dorosłych są niechętnie pokazywane w kinach sieciowych.

Dostaliśmy więc familijną wersję filmu o klaunach-mordercach, z obietnicą wypuszczenia pełnej wersji na rynek wideo, ta się jednak nie zmaterializowała. Słuch po niej zaginął, a sam Rob stwierdził tylko, że oddawanie MPAA bardziej brutalnego filmu, było celową taktyką i faktycznie cięcia niczego "31" nie ujmują.

Co więc zostało?

Ojcem dyrektorem MurderWorld jest Ojciec Morderstwo, grany przez Malcolma McDowella. Wnosi się on na szczyty campowego przerysowania, niestety w roli prawie oderwanej od reszty filmu. Faktycznym antagonistą (lub jak kto woli - bossem ostatniego levelu) jest klaun o pseudonimie Doom-Head. Grający go Richard Brake po nałożeniu makijażu sprawia wrażenie, jakby starał się o rolę Jokera i jest to jeden z nielicznych silnych punktów "31". Z obsady warto wymienić jeszcze Meg Foster, wyróżniającą się na tle reszty aktorów odtwarzających tzw. pozytywne postaci. Te zaś jak zwykle u tego reżysera, są mało ciekawe, mało sympatyczne i oczywiście mało pozytywne.

Fatalnym elementem są sceny walk sfilmowane w kochanym przez Hollywood stylu trzęsącej się kamery. Do tego duże zbliżenia, szybkie cięcia i w rezultacie nie mamy pewności czy oglądamy walkę na śmierć i życie z klaunami-mordercami, czy też może bitwę na poduszki podopiecznych przedszkola Wesołe Skrzaty w Ząbkach Małych.

Największą wadą "31" jest słaby scenariusz (autorstwa również Roba Zombie). To, że bohaterowie są pracownikami wesołego miasteczka, nie wnosi do filmu nic. Mimo braku specjalnych umiejętności, rozwrzeszczana gromadka radzi sobie z zawodowymi mordercami jak nikt przedtem w historii gry. Aż trzeba się zastanowić, kto do tej pory w niej uczestniczył, bo gdyby do MurderWorld trafiła lepiej zorganizowana grupa, np. harcerze, to roznieśliby towarzystwo Ojca Morderstwo na kopach jeszcze przed wieczorną zbiórką. Z całej historii nic też nie wynika. W porównaniu z "31", wspomnianego "Uciekiniera" ogląda się jak szekspirowską tragedię.

Na plus można zaliczyć klaustrofobiczny klimat, stylową muzykę i świetnie podrobioną estetykę filmu z lat 70. Niski budżet nie rzuca się w oczy. Po raz kolejny zawiodły akurat te elementy, które od pieniędzy nie zależą.


Niewątpliwie są znacznie gorsze slashery niż "31" i na upartego film można obejrzeć. Pytanie po co. Zarówno film, jak i ostatnia płyta zespołu Roba Zombie robią na mnie podobne wrażenie i obie mógłbym podsumować frazą "zmęczenie materiału". Na nic powrót do korzeni, bez ich podlania.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza