czwartek, 5 września 2013

Człowiek człowiekowi Gawlińskim

- Jestem pazernym fiutem - zdradził naszej redakcji Robert Gawliński
Żeglując po internecie trafiłem na wiadomość już dość starą (luty 2013), ale z uwagi na branżę dla mnie interesującą. Zespół Wilki zorganizował otóż konkurs na teledysk. Nagrodą było to, że owo dzieło stanie się oficjalnym teledyskiem puszczanym tu i tam, a nawet gdzie się da ku chwale zespołu, który Interia w swym newsie nazwała "legendą polskiego rocka". Kawalarze.

Na zrobienie clipa legenda dała miesiąc od ogłoszenia tej wspaniałej wieści. Niby nie jest to mało, ale nie jest to też dużo, zwłaszcza że news się musiał rozpropagować po sieci. Dodając to, że konkurs był dla amatorów, którzy mają zazwyczaj jeszcze inne rzeczy na głowie poza robieniem dobrze Robertowi Gawlińskiemu, to zdecydowanie jednak dali za mało czasu. Ale niech.

A teraz zniewaga do złamania, która czai się w regulaminie. Panie i Panowie, ustęp V, punkt 3, voila:

3. Szczegóły przeniesienia majątkowych praw autorskich do Materiału laureata na Fundatora regulować będzie umowa, zawarta w tym zakresie pomiędzy laureatem a Fundatorem, z tym zastrzeżeniem, że kwota wynagrodzenia z tego tytułu nie będzie wyższa niż 100,00 (sto) złotych.


Tak, tak, nasza legenda rocka chciała żeby clipa im zrobić za stówę. I podkreślmy, że to nie jakaś zabawa dla fanów lubiących kręcić filmiki komórką, w której zapewne nagrodą mogło być buzi od Roberta i to by wystarczyło, ale miał powstać "oficjalny" czyli profesjonalnie zrealizowany clip.

- To nie mogło wypalić - pomyślałem sobie, a że rzecz się odbywała na początku roku, to wystarczyło sprawdzić. I co?

Tako skowyczą Wilki:
Przejrzeliśmy wszystkie zgłoszone klipy. Jak zawsze w przypadku konkursów, poziom nadesłanych prac był maksymalnie zróżnicowany. Niestety żadna z nich nie spełniła artystycznych oczekiwań stawianych oficjalnym teledyskom, więc po długich naradach jury zdecydowało się zakończyć konkurs bez wyboru laureata.

Do tego było jeszcze obowiązkowe słodkie pierdzenie w kierunku uczestników za ich zaangażowanie itd. Na pewno się wszystkim od tego lepiej zrobiło.

Ile zarabiają Wilki za koncert? Pewnie więcej niż do 100 zł? Gdyby rzucili choćby 2000 złotych jako nagrodę to pewnie mimo narzekań, że za takie rzeczy się płaci znacznie więcej, kupa ludzi ze środowiska offowego, mających sprzęt i doświadczenie by się za to wzięła.

Podsumowując - dziany, popularny zespół chciał dostać za darmo warty grubą kasę produkt od ludzi, którzy ciężko na niego musieli pracować. Gdyby nie nazwali tego konkursem, to można by to nazwać wyłudzeniem. Ok, ja rozumiem, żyjemy w kapitalizmie, zjedz zanim ciebie zjedzą, to brutalny system, ale czy nawet dla osoby publicznej naprawdę nie ma jakiejś granicy pazerności?


Dzizus fakin krajst, Robert, sto złotych, naprawdę?

sobota, 10 sierpnia 2013

Kapitalna dekapitacja

Alice Cooper ma dobrze opanowane uwalnianie się z kaftanu bezpieczeństwa - śpiewając „The Ballad of Dwight Fry” robi to na scenie od 1971 roku. Fot. J. Studzińska / tulipart.pl
 [Tekst do fotoreportażu dla Expressu Bydgoskiego / Nowości, opublikowany 9 sierpnia 2013 pod tytułem "Rockowy teatr grozy". Z konieczności niestety dość krótki, choć pisać było o czym]  


Zrobił karierę na szokowaniu. Choć dziś już nie budzi kontrowersji, to koncerty Alice'a Coopera wciąż są spektakularne, o czym mogła się przekonać kilkutysięczna publiczność Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty koło Słupska.

Alice Cooper jest wcieleniem spalonej na stosie czarownicy i choć wiadomo, że od samego początku był to chwyt reklamowy, to nietrudno pomyśleć, że ten charyzmatyczny facet ma w sobie jednak coś nadnaturalnego. 65-letni wokalista arogancko przegania swoich muzyków po scenie, ciągnie za włosy, smaga batem. Każdy gest jest teatralny, Alice ani przez chwilę nie pozwala spuścić z siebie oczu. Gdy rzuca pod scenę laskę, przed dobrych kilka minut trwają zmagania fanów o trofeum.

Początek koncertu to najbardziej znane utwory Coopera w jego ponad 40-letniej karierze. Niestety, mając 26 płyt do wyboru, trudno każdej z nich poświęcić nawet trochę czasu. Wreszcie przygasza się światło, rozbrzmiewa piosenka „Witajcie w moim koszmarze” i rozpoczyna się czas na horrory.
Kaftan bezpieczeństwa, sadystyczna pielęgniarka, trzymetrowy Frankenstein - wszystkie utwory mają swoje atrakcje, które ostatecznie bledną przy niesławnej inscenizacji egzekucji na gilotynie.  W finale kat obnosi odciętą głowę wokalisty, podczas gdy zespół gra piosenkę na cześć nekrofilii.

Śmierć była też motywem przewodnim następnej części koncertu, hołdu dla „martwych pijaków”, przyjaciół Coopera z czasów młodości - Jima Morrisona, Johna Lennona, Jimiego Hendriksa i Keitha Moona (The Who).  Klasyczne utwory zachwyciły publiczność, ale Alice wypada w tym materiale dość przeciętnie.

Końcówka to utwory obowiązkowe, czyli „I’m Eighteen” - wyznanie osiemnastolatka (Alice'owi bliżej teraz do 80., więc podpierał się kulą) oraz rozsławione przez MTV „Poison”. Chwila oczekiwania na bis i publiczność dostaje jeszcze „Schools Out” z wplecionym „Another Brick in The Wall” (grupy Pink Floyd), podczas którego latają balony z konfetti, atakowane przez wokalistę szablą.

Był to dopiero drugi występ Coopera w naszym kraju. Jednak on sam mówi, że na emeryturę pójdzie co najmniej w tym samym wieku, co starszy od niego o parę lat Mick Jagger. Po doskonałym przyjęciu zespołu w Dolinie Charlotty jest więc być może szansa na choćby jeszcze jedną na polskich ziemiach dekapitację.

Orianthi błyskotliwymi solówkami udowadniała, że nie jest tylko ładną twarzą w zespole. Trafiła do niego po śmierci poprzedniego pracodawcy... Michaela Jacksona. Fot. J. Studzińska / tulipart.pl

środa, 24 lipca 2013

Happy end [opowiadanie]



Słońce zachodziło, kończąc kolejny szary dzień. Dreptałem drogą wzdłuż kanału bydgoskiego ignorując mżawkę, zimno i błoto, mając tylko siebie by ponarzekać na kretyński pomysł spaceru. Nie lubię ani natury, ani chodzić, a już zwłaszcza nie lubię tego miejsca.

Widać miałem jednak dzień na dziwne zachcianki, bo przechodząc koło wyjątkowo gęstych szuwarów, nagle zapragnąłem w nie wejść i rozejrzeć się trochę.

Od dawna podejrzewałem, że mam instynkt detektywa i być może to on wówczas zadziałał. Czy tego się więc właśnie spodziewałem w tej kupie zamoczonego zielska? Porzuconej damskiej ręki, z elegancko umalowanymi na czerwono paznokciami?


czwartek, 30 maja 2013

Perła wśród wieprzy (cz. 2) - Józef OST


Z zespołem Józef OST spotkałem się dzięki kwietniowej edycji konkursu teledyskowego Yachfilm, o której wcześniej pisałem. W przeciwieństwie do nas Józef zupełnie nikogo nie agitował (i prawdę mówiąc słusznie, bo szkoda na to czasu), kończąc z dwoma głosami.

Nie ukrywam, że włączyłem tego clipa, bo chciałem się ponabijać z cudzego nieszczęścia i nieudolności. Oceniając po nazwie, spodziewałem się jakiegoś pop-folk-alternatywno-zabawowego grania. Coś gdzieś w przedziale między Myslovitz a Zakopower. Początek clipu był słaby i amatorsko zrobiony, więc sądziłem, że trafiłem w dziesiątkę... a tu nagle... (WTEM! - mógłby napisać Pacio Chmiel) przykuła mnie muzyka. Hipnotyczne, brudne riffy gitarowe, mechaniczne bębny, monotonny wokal melorecytujący porąbane teksty. Pierwsze, choć nienachalne skojarzenie muzyczne - Swans. Co więcej, po słabym początku porąbany i całkiem ciekawy, okazał się również teledysk. Była to jedna z nielicznych prac, które z przyjemnością obejrzałem do końca. Skromna realizacja, ale klimat ma. Józef po prostu wychynął zza węgła i zaskoczył... pozytywnie.

W toku dalszych czynności śledztwo wykazało, że zespół ma w dorobku EP-kę wypuszczoną przez stronę Bandcamp (na tejże stronie do tagów ma wpisane Swans, więc czuja miałem bezbłędnego). Rzekoma EP-ka jest niby długości zwykłej, pełnej płyty (LP), ale być może był w tym jakiś głębszy zamysł, bo dobrego materiału jest tyle co na EP-kę właśnie. Jej pierwsza połowa to bardzo ciekawe, ostre (post-)rockowe granie, które wzbudziło mój zachwyt, a druga, mało oryginalne elektronicznie pitolenie, wchodzące czasem nawet w strefę umca-umca. Co tu dużo gadać, szkoda, że tak się stało, ale niech żywi i żywe trupy nie tracą nadziei, zespół wszak istnieje i sądząc po facebookowej aktywności, idzie w dobrą stronę. Nie ma co zresztą za dużo gadać, skoro z Bandcampa każdy może posłuchać całej płyty on-line. Tak więc, panie i panowie, międląc berecik w spoconych dłoniach nieśmiało przedstawiam (fanfary): Józef OST!

środa, 8 maja 2013

Coś mi wypadło z mózgu i hałasuje straszliwie

Poniższe nagranie to mała demonstracja surowych i przetworzonych dźwięków z mojej osobistej biblioteki. Ponieważ wyszło to dość artystycznie (jak schizofreniczna audiowycieczka do piekła), pomyślałem, że będzie pasować na bloga.

Nie jest to konieczne, ale dla maksymalnego efektu polecam użycie słuchawek.

Wszystkie sample nagrane i przetworzone przeze mnie. 

niedziela, 5 maja 2013

Perła wśród wieprzy: The Bum

W umyśle bohatera The Bum, kotek jest wiecznie żywy
Nie jestem fanem przygodówek tworzonych przez amatorów. Na przestrzeni ostatnich lat grałem w klika, i w najlepszym przypadku były akceptowalne jak na produkt, za który nic się nie płaci. Nie pamiętam, żeby którąkolwiek chciało mi się skończyć. Niestety w przypadku gier różnica między zawodowcami a amatorami, wydaje się być bardziej znacząca, niż w przypadku innych dziedzin sztuki.

Z takim to właśnie przykrym nastawieniem, podchodziłem do darmowej, amatorskiej przygodówki The Bum, na którą trafiłem przypadkiem i którą zamierzałem włączyć na góra parę minut. Czekało mnie ogromne zaskoczenie. Jeśli chodzi o gry, które starają się być zabawne, to ta skromna produkcja jest napisana lepiej niż większość profesjonalnych przygodówek. Jak to możliwe? Nie wiem! NIE WIEM!!! Niedowierzanie towarzyszyło mi przez dużą część rozgrywki. W pierwszej chwili myślałem, że autorowi się poszczęściło na początku, ale gra cały czas trzyma poziom. Jak na mój gust dialogi można by trochę przyciąć, jednak poza tym The Bum od strony pisarskiej prezentuje poziom imponujący.

Weźmy głównego bohatera. Jest bezdomny, jest świrem i ze światem komunikuje się przez skarpetkę założoną na dłoń. Najciekawsze jest zaś, że interpretuje świat na swój własny sposób. Gracz widzi zwykłą skrzynkę z bezpiecznikami, a bohater skomplikowaną zagadkę, co zresztą doskonale pasuje do konwencji gry. Bohaterowie przygodówek zachowują się zazwyczaj tak kretyńsko, że zastanawiam się, dlaczego nikt wcześniej nie wpadł na pomysł, żeby w roli głównej obsadzić szaleńca. Brawo.

Trzeba jeszcze wspomnieć, że The Bum, skądinąd stworzony przez dwójkę Polaków (tak, są polskie akcenty), zawiera mnóstwo odniesień do klasycznych gier Lucasarts, a także Monty Pythona. To mnie akurat za bardzo nie kręci. Powiedzieć, że lubię Lucasarts i Monty Pythona, to tak jakby stwierdzić, że papież z sympatią wypowiada się o Jezusie, hołdy mają jednak dla mnie sens w umiarkowaniu. To nie one sprawiają, że gra jest śmieszna, lecz oryginalny materiał wysokiej próby. Z tego zmagania The Bum wychodzi zwycięsko.

Jak widać na załączonym obrazku i trailerze (który niestety nie oddaje tego, jak dobra jest gra), The Bum ma staroszkolną grafikę. O dźwięku i muzyce można napisać tyle, że są. Dla niektórych może być to ciężkie do przełknięcia. Warto się przemóc, zwłaszcza, jeśli ktoś tęskni za tym niegdyś wspaniałym, a dziś zmarginalizowanym gatunkiem gier komputerowych.

Grę można ściągnąć tutaj:




niedziela, 21 kwietnia 2013

To będzie następne przygniatające zwycięstwo (moralne) [aktualizacja]



Wypadałoby wspomnieć, że nowy teledysk Nihil Quest startuje w kwietniowym konkursie na CyberYacha (jedna z nagród festiwalu clipowego Yacha Paszkiewicza). Konkurujemy z zespołami w dużej części z innej półki, które mają wytwórnie i marketing, a teledyski kręcą im ekipy, tak więc nie ma co mówić o rywalizacji, ale jak ktoś by chciał nas (i niezależną scenę!) poprzeć to proszę bardzo - nie pozwólcie bym Was dłużej zatrzymywał!
Link do naszego teledysku na konkursie:  Nihil Quest - Splendid Isolation

Uwaga, nie lekceważ tego! Jadwiga Kląsek zagłosowała na Nihil Quest w konkursie YachFilm i dzień później w mało uczęszczanym kącie piwnicy znalazła skarby Inków. Mikołaj Budzanowski nie zagłosował i dwa dni później premier Tusk pozbawił go stanowiska ministra skarbu. Stefania Podpieróg też nie zagłosowała i w nogę wdała jej się gangrena, a trzy dni później był koniec świata. Głosuj na Nihil Quest!

[aktualizacja]
Dziękuję wszystkim, którzy głosowali na teledysk Nihil Quest, a zwłaszcza sobie, bo bez wątpienia nastukałem tych głosów najwięcej (w sumie padło ich 61, zwycięzca miał ponad 1600). Każdy konkurs tego typu, który opiera się na klikalności internautów nie ma oczywiście żadnego sensu w sensie artystycznym, a jest tylko pokazem sprawności organizacyjnej zespołu bądź jego fanów. W tej kategorii nie mamy szans. Natomiast udało się pokazać ten clip paru osobom więcej i tak naprawdę o to najbardziej chodziło. Dzięki!

środa, 3 kwietnia 2013

Dentodrama [opowiadanie]

Niedobre Literki - Polskie Centrum Bizarro (oby żyły wiecznie) zamówiły u mnie opowiadanie na Dzień Dentysty. Jakże mogłem odmówić? Tak powstał skromny, absurdalny szorcik pt. "Ząbi", który po borowaniu wstępnym niniejszym trafia na leczenie kanałowe w zakładzie usług stomatologicznych Dehumanizer. Niedeobroliterkowe opowiadania innych dewiantów literackich można przeczytać o TU.


Czapkując przed Limbo


Limbo to bez wątpienia jedna z najwspanialszych gier ostatnich lat. Triumf pomysłu, klimatu i minimalizmu nad efektownymi, rozbuchanymi produkcjami za grube miliony dolców.  
Jedną z najlepszych rzeczy w Limbo jest bardzo oszczędne udźwiękowienie. Dla eksperymentu i treningu zrobiłem więc coś odwrotnego i bogato udźwiękowiłem fragmenty gry używając sampli z klasycznych kreskówek firmy Hanna-Barbera. Kto nie grał w Limbo raczej tego nie zrozumie, a kto nie oglądał kreskówek, ten nie służył w marynarce... więc o czym tu w ogóle gadać.


niedziela, 3 marca 2013

Klipon 2 czyli Powrót Galla Anonima


Mój post o Klipon.pl zaraz po opublikowaniu wzbogacił się o zabawny komentarz przypadkowego odwiedzającego. Oburzony słabą i napastliwą treścią tekstu anonim, jednocześnie podziękował za informację o tak wspaniałym portalu. Dziś przyszedł kolejny komentarz, podpisany tym razem jako Mariusz (czy to może Mariusz z TYCH Mariuszy?). Ponieważ zawiera coś nowego, postanowiłem na niego odpowiedzieć w osobnym poście.

A oto i komentarz:


Witam serdecznie!

Bardzo ciekawy artykuł. Trafiłem na ten portal przypadkiem i idea wydała mi się bardzo innowacyjna i interesująca więc postanowiłem poszperać i natrafiłem na ten artykuł. Jestem niezależnym twórcą i nie chcę tracić praw autorskich do swoich teledysków. Po przeczytaniu artykułu zadałem sobie trud i przeczytałem dokładnie regulamin tego portalu, niestety nie znalazłem żadnego zapisu, o którym mowa powyżej, mam w związku z tym pytanie i prośbę, czy można przybliżyć szczegóły i wskazać dokładnie gdzie znajdują się konkretnie te punkty o przekazywaniu praw autorskich i majątkowych?. Z góry wielkie dzięki. Pozdrawiam. Mariusz.

Drogi niezależny twórco Mariuszu. Wspomniane w artykule zapisy zniknęły z regulaminu Klipona. Być może ma to jakiś związek z moim listem do Yacha Paszkiewicza, który wysłałem w nocy z 26 na 27 lutego (wówczas regulamin miał jeszcze starą formę). Dodajmy dla nieświadomych, że Ojciec Polskiego Teledysku od niedawna współpracuje z Kliponem.  Nowy regulamin na Kliponie obowiązuje zaledwie od 27 lutego.  Doprawdy, co za przypadek, że właśnie w ciągu tych kilku dni trafiłeś na mojego bloga. 

Gdybyś chciał się jednak przekonać, że sieć nie zapomina, to poprzedni regulamin wciąż wisi w internetowym archiwum stron Archive.org. Co więcej, specjalnie dla Ciebie znalazłem adres:
(wspomniany zapis znajduje się w art. 6 / 12)

A gdyby nagle bomba pierdolnęła w Archive.org to zrobiłem też screenshoty : )

PS Co do innowacyjności, to bym nie przesadzał. Taki Genero.tv działa od 2009 roku. Niemniej uważam, że warto robić coś takiego na polskim rynku - oczywiście zachowując  przy tym umiar w pazerności!

Również pozdrawiam, a także życzę powodzenia w kręceniu, ale tylko teledysków : )

środa, 13 lutego 2013

Najwspanialsza izolacja ever w tym tygodniu

Ok, bez namaczania i gry wstępnej - popełniłem nowy teledysk dla Nihil Quest. Proszę się nim cieszyć na pełnym ekranie i przynajmniej w rozdzielczości 720p. A jak nie, to pamiętaj, że ninja wiedzą gdzie mieszkasz.

Więcej na newsowej stronie NQ.


Tylko mały cytat ze strony NQ:
Nie zachęcamy oczywiście do dzielenia się tym clipem na serwisach społecznościowych. Jeszcze Wasi znajomi pomyśleliby sobie, że jesteście jakimiś pojebami o podejrzanym guście, a tego przecież byśmy nie chcieli, prawda? Tak myślałem - trudno - niech to zostanie między nami.

środa, 23 stycznia 2013

Bierz prawa i w nogi (*) czyli Klipon.pl [aktualizacja]

Różnych się widzi spryciarzy w internecie, chcących żerować na cudzej pracy. Niektórzy podpinają się pod szumne określenie Web 2.0, ale tak naprawdę wyciąganie kontentu (przepraszam za marketingowy żargon) od użytkowników istnieje istnieje w necie jeszcze od lat 90. Ostatnio trafiłem na portal zwący się Klipon.pl, który przystosował tę praktykę, gdzieś tak już do Web 3.5.

Idea jest generalnie niezła. Zespoły wrzucają na Klipona swoje utwory, a domorośli tfu-rcy robią do nich teledyski. Jedni i drudzy mają okazję na promocję swojej pracy. Zespół dostaje klipa za frajer, a wideło-tfurca, pławi się w chwale, obserwując rosnące kliknięcia i ma nadzieję na wielką karierę.

I tu uwaga. Portal zaznacza, że autorzy muzyki mogą teledyski bezpłatnie wykorzystać, poprzez umieszczenie playera Klipon.pl na swojej stronie internetowej.

Kiepsko być uwiązanym do takiego playera, no ale przecież chyba są inne opcje? YouTube, Vimeo...

Owszem. Możecie też "uzyskać lub kupić licencję od Klipon.pl na użycie teledysku w swoich materiałach promocyjnych".

Hmm, czyżby ktoś przypadkiem napisał "od Klipon.pl" zamiast "od autora teledysku"? Idziemy do regulaminu a tam...

"Twórcy teledysku, zamieszczający teledysk na stronie Klipon.pl w ramach konkursu, jak

i poza nim zgadzają się na przekazanie całości praw autorskich i majątkowych portalowi Klipon.pl. Prawa te z chwilą umieszczenia teledysku, są automatycznie przekazywane portalowi."

Pięknie. Całość praw autorskich i majątkowych. Prawdopodobnie była tam jeszcze klauzula o oddaniu w niewolę syna pierworodnego, ale być może ktoś uznał, że lepiej z tym poczekać aż się portal na dobre rozbuja.

Wykonawca muzyki szczęśliwie jest mniej poszkodowany, ale i tak praktycznie traci kontrolę nad swoim utworem w chwili gdy ktoś zrobi do niego jakikolwiek teledysk i załaduje na portal.

Klipon ma chyba spore plany i możliwości bo współpracują z... EMI, czyli jednym z tzw. majorsów. Trzeba przyznać, że duże wytwórnie nadal solidnie pracują na swój image bezwzględnych korporacji. Tak bardzo przejmują się łamaniem praw autorskich, że najchętniej zabraliby je artystom.

Chciałbym mieć nadzieję, że nikt, kto był w stanie opanować sztukę tworzenia wideo na przyzwoitym poziomie, nie jest tak głupi, żeby oddawać Kliponowi swoją pracę za darmo. Niestety wielu artystów naprawdę tnie tępą stroną noża i w pełni zasługuje na opinię jaką najwyraźniej ma o nich Klipon / EMI. Może część z nich była jednak na tyle przytomna, by wpisać najpierw do wyszukiwarki "klipon opinie" i wyskoczył im ten post. Napisałem to dla Was głąby! Tylko się nie przewróćcie o własne nogi biegnąc mi dziękować!

(*) Dla tych, którzy nie są subtelnymi intelektualistami: tytuł posta nawiązuje do filmu Woody Allena "Bierz forsę i w nogi".

PS 
PS [update]. Z lenistwa pominąłem ten wątek, ale post kolegi Mario z forum Kamera Akcja tudzież komentarz pod postem zachęcił mnie do małego update'u. Ten regulamin jest po prostu bezprawny. Dlaczego? Oto dwa cytaty dotyczące prawa autorskiego, wzięte z artykułu adwokata Michała Mikołajczaka na Money.pl.

Z każdym utworem związane są dwa rodzaje praw autorskich - osobiste i majątkowe. Pierwsze z nich przysługują zawsze jego twórcy - nie podlegają zrzeczeniu się ani zbyciu.

I w kwestii autorskich praw majątkowych:
Umowa przenosząca omawiane prawa musi zostać zawarta w formie pisemnej, w przeciwnym razie będzie ona bowiem nieważna.

Tak więc załadowanie czegoś na portal nie wystarczy żeby komuś przekazać prawa, obojętnie co jest napisane w regulaminie. Koniec historii. Z powodów. o których pisałem wcześniej, nadal jednak uważam, że ktoś się na tym może przejechać. Mam nadzieję, że tym ktosiem będzie właściciel Klipona.

czwartek, 20 grudnia 2012

Pastorapokalipsałka

Watykan 20.XII.2012

Palec Benedykta XVI nad przyciskiem atomowym zawisł z niepewnością.
- No? Co znowu? - kardynał Delgado tym razem już nie mógł ukryć irytacji. - Szefie, bywasz taką pierdołą, że czasem mam ochotę wziąć ten pastorał i zlać cię na gołe dupsko. Cholerni Niemcy i te ich historyczne kompleksy na punkcie ludobójstwa!
Ojciec święty zdjął piuskę ścierając z twarzy kropelki potu. - Scheise, czy to dziwne, że się boję? A jeśli Majowie blefują? Jeśli jutro nic by się nie stało?
Delgado zacisnął pięści, aż skrzypnął mu różaniec. - Ile starczych, pozbawionych przyjemności lat ci jeszcze zostało, że nie chcesz ich zaryzykować dla glorii Chrystusa? Tracimy siłę, jeszcze kilkadziesiąt lat i będzie po Kościele katolickim, a tak przynajmniej mamy szansę odejść z hukiem. Zobacz, oświadczenie dla prasy mam tutaj na laptopie. Jedno kliknięcie i zdążą to jeszcze nadać, zanim pierwsze rakiety uderzą w miasta. Tylko posłuchaj:

"W imieniu Jezusa Chrystusa ogłaszamy koniec świata i życzymy przyjemnej podróży w zaświaty. Z poważaniem Benedykt XVI
PS I co teraz niedowiarki?"

Delgado wciągnął powietrze do płuc. - Czy widzisz ateistów? Jak popuszczają sraczkę, gdy biegają w poszukiwaniu jakiegokolwiek krzyża? Ha, a tak walczyli, żeby je zdejmować, frajerzy! Benek, nie bądź cipą. Nie mamy nic do stracenia. Jezus zapowiedział powtórne przyjście i koniec świata jeszcze za życia ludzi, którzy go pamiętają. To znaczy, że spóźnia się jakieś dwa tysiące lat. Do kurwy nędzy, wiesz jak my z tym wyglądamy? Tacy świadkowie Jehowy przesuwali już datę apokalipsy pięć razy.
- Ja za tych małych chujków nie odpowiadam - zaprotestował papież drapiąc się po karku Pierścieniem Rybaka.
- Benny, Benny - nie widzisz całego obrazu - lamentował Delgado. - Tyle lat w tajemnicy rozstawialiśmy rakiety po kościołach na całym świecie. Igraliśmy z ogniem wożąc pluton papamobilem podczas tych cholernych pielgrzymek... Tyle przygotowań i co, teraz zaryzykujemy, że jakieś dzikusy wyprzedzą nas z końcem świata? Choć na finiszu pokażmy, że nie byliśmy w tym tylko dla pieniędzy.

- Aha! - Benedykt poderwał się z tronu. W ułamku sekundy znalazł się przy kardynale, zaskoczonym i bezradnym. Świst rozdarł powietrze. Prowadzony pewną ręką pastorał zakończył lot na zębach Delgado. Mężczyzna runął na posadzkę ciągnąc za sobą smugę krwi.

- Głupcze - wiem kim jesteś! - wykrzyknął papież. - Koniec świata wam się zamarzył, co? Moimi rękami, co? Scheise! Niedoczekanie! Maya schwein!

- Ale jak?

- Ciało Delgado przypadkowo znaleziono już miesiąc temu, w żołądku grubej tajskiej prostytutki. Och, doskonale go podrobiłeś, muszę to przyznać... Ja, richtig, fizycznie zgadzacie się co do pieprzyka na pośladku, psychicznie jednak czegoś zabrało.

- Ja też jestem Delgado. Kardynał był moim bratem bliźniakiem, a dla dobra tej akcji musiałem go zabić - zwiesił głowę agent Majów.

- Imponujące, sehr gut. Szkoda, że wybrałeś złą stronę. Tak czy siak, koniec świata poczeka. Bo dziś mein freund... - papież złowieszczo zawiesił głos przygniatając pastorałem krocze mężczyzny. - Wyśpiewasz mi gdzie jest złoto Majów.

wtorek, 30 października 2012

wtorek, 23 października 2012

Postapokalipsa na słodko


Oto pierwszy od czasów rewitalizacji bloga Dehumanizer wpis eksploracyjny. Skromny, ale cóż zrobić - dwa lata bez solidnej wyprawy i człowiek czuje zastrzyk adrenaliny na widok opuszczonej budy z hamburgerami. Całe szczęście, obiekt okazał się ciekawszy niż początkowo myślałem.