niedziela, 29 grudnia 2019

Iana horror-notki z 2019

Poniżej minizbiór minirecenzji, które opublikowałem na FB w 2019 roku.




Demon Seed z 1977 roku. Tytuł mocno nieszczęśliwy, bo jest to horror SF, a nie okultystyczny. Nakręcony na podstawie książki Deana Koontza, mierzy się z problemem sztucznej inteligencji w czasach, gdy Commodore-64 mógł robić za superkomputer, gdyby istniał. Film sytuuje się w ciekawym miejscu gdzieś pomiędzy kinem eksploatacji (naprawdę kuriozalna fabuła) i filozoficzną, artystyczną fantastyką w stylu Odysei kosmicznej 2001. Tej ostatniej zawdzięcza naprawdę dużo, więc jak ktoś lubi dzieło Kubricka to może warto zobaczyć Demon Seed mimo niewątpliwego smrodku B-klasowca. Na uwagę zasługują piękne, psychodeliczne wizualizacje komputerowej osobowości zrobione w analogowy sposób, a także znakomity projekt robota geometrycznego. Coś podobnego widziałem tylko w Interstellar, tyle że tu użyto jedynie efektów praktycznych. Efekt jest rewelacyjny i w przeciwieństwie do tabunów innych robotów z filmów SF, nie można powiedzieć, że się zestarzał. Do tego wszystkiego jeszcze bardzo dobry soundtrack Jerry Fieldinga, wykorzystujący tzw. muzykę konkretną. Uczestniczył w nim też Ian Underwood, klawiszowiec znany ze współpracy z Frankiem Zappą. I tyle, bo jak to kogoś nie zachęciło, to pewnie lepiej sobie odpuścić.

Ostatnia fala (1977). Australijski film z ciekawą apokaliptyczną historią i unoszącym się subtelnie nad wszystkim duchem Lovecrafta, a w głównej roli Richard Chamberlain. Niestety (albo stety) reżyserował to Peter Weir i to był następny jego film po Pikniku. Mam wrażenie, że był bardziej zainteresowany kreowaniem onirycznego klimatu niż fabułą i prowadzeniem postaci. Wyszedł dziwaczny film obarczony syndromem artystycznego kloca, ale ma to też swój urok. Duży plus za pokazanie Aborygenów, bo to rzadko występuje.


Quatermass Xperiment z 1955 roku był filmem, od którego rozpoczęło się pasmo sukcesów legendarnej brytyjskiej wytwórni Hammmer, znanej każdemu fanowi klasycznych horrorów. Choć Hammer, kojarzony jest dziś raczej z horrorem gotyckim, to filmy o Quatermassie, są pełnokrwistym horrorem-SF i to noszącym znamiona inspiracji dziełami HP Lovecrafta.

Główny bohater, prof. Quatermass mający rodowód w serialu BBC, był kiedyś ważną częścią brytyjskiej kultury popularnej, tak jak Sherlock Holmes czy Dr Who i podobno miał duży wpływ na późniejszych twórców SF. Paradoksalnie Quatermass Xperiment ma chyba więcej wspólnego z The Thing Carpentera, niż film, którego dzieło Carpentera było remakiem.

O ile lovecrafto-podobne wątki z Quatermassa były później wielokrotnie wykorzystywane w kinie SF, to dziś najciekawsza wydaje mi się postać samego profesora, bo drugiego takiego głównego bohatera znaleźć w kinie trudno. W każdym szanującym się filmie amerykańskim, profesor byłby klasycznym bad guyem. Jest obcesowy, arogancki, pozbawiony empatii, wątpliwości moralnych, a wysyłając ludzi na śmierć w imię nauki, potrafi jeszcze opierdolić ich bliskich, że nie rozumieją jak ważnych dokonuje odkryć. Do tego jest starszawy, ma wąsik i kozackie nazwisko. Wymarzony oponent dla Bonda! Oglądając film z takim bohaterem przynajmniej mamy pewność, że nie zobaczymy wątków miłosnych czy problemów wychowawczych dorastającego dziecka, w sytuacji gdy świat dookoła płonie (Tom Cruise, nie udawaj, że nie wiesz o czym piszę). Bardzo przyjemna perełka z lamusa.

Fantastic Planet (u nas jako Dzika Planeta), francusko-czechosłowacki animowany film SF dla dorosłych z 1973 roku, za który odpowiadał m.in. Roland Topor. Spodziewałem się psychodelicznej jazdy, także w warstwie fabularnej, ale okazuje się że jest zupełnie sensownie. Historia jest naprawdę ciekawa - dzieje się na planecie, gdzie ludzie są zwierzętami domowymi, a na wolności szkodnikami. Nieuniknione (SPOILER) sceny eksterminacji ściskają za gardło. Grafiki są rewelacyjne, zaś sama animacja uboga, trochę w stylu Monty Pythona, co jednak w niczym uroku nie odbiera. Z czystym sumieniem polecam fanom SF, o ile oczywiście jesteście się w stanie nie nastawiać na film w stylu Spidermana czy Pixara.


Race With The Devil (1975) na pozór jest thrillerem okultystycznym, ale faktycznie to bardziej film, w którym liczą się pościgi samochodowe. Głupawa typówka do popularnych w tym okresie kin typu drive in. Tyle w tym nowego, że ścigają sataniści (faktycznie wyznawcy jakiegoś azteckiego bóstwa), a ucieka całkiem dobra obsada, m.in. Peter Fonda. Zaczyna się od mocnego akcentu motocyklowego i wszystko wskazywało na to, że to będzie ważny element filmu, ale nie... Totalna zmyła. Fonda, który w końcu parę lat wcześniej zagrał w Easy Riderze, na motór już nawet nie wsiada. Ech. Świetna jest scena azteckiego rytuału i pierwszego pościgu po nim, szkoda że takiego klimatu nie udało się utrzymać. Ale i tak najbardziej podobał mi się moment, jak dwie bohaterki idą do biblioteki na totalnym zadupiu, żeby odczytać tajemniczy "run" od satanistów. Tam czeka na nie cały regał od góry do dołu zastawiony dziełami a'la "Czarna magia w teorii i praktyce". Widać, że wciąż jesteśmy daleko za USA .



Nie zważając na nieodległy fakt wyboru Karola Wojtyły na Stolice Piotrową, włoscy zwyrole nakręcili w 1979 roku film Buio Omega, w którym zrozpaczony wdowiec wykrada żonę z cmentarza i mumifikuje wyciągając bebechy, a potem zabija przypadkowe laski, gdy te na truchło się natykają. Wiem, wiem, co powiecie. Taka fabuła ma za dużo sensu jak na włoski horror. Bez obaw, to pozory. Główną zamiarem filmu było szokowanie widza bez silenia się na suspens czy efektowne zdjęcia i jak na tamten czas, to całkiem wyszło. Wśród atrakcji jest wydłubywanie oczu, kanibalizm, lekka nekrofilia i ćwiartowanie gołej Amerykanki plus size. Z wyjątkiem jednej sceny, wszystko nakręcone z wdziękiem telenoweli lub ówczesnych pornoli (czym zresztą trudnił się wcześniej reżyser Omega Buio). Na plus można zaliczyć muzykę grupy Goblin, bo to zawsze interesujące jak tego typu estetykę można wpakować do horroru i o dziwo, fajnie to wychodzi. A poza tym... film ma parę dobrych okładek i posterów. Są parę poziomów wyżej od tego dzieła dla zdesperowanych miłośników nurtu gore.


Obejrzałem "I Drink Your Blood" (1970) w wyniku zabawnej pomyłki, sądziłem bowiem, że jest to dramat psychologiczny w reżyserii Ingmara Bergmana. Faktycznie jest tu wątek zmagania się z nieistnieniem Boga, tak istotny w twórczości wybitnego Szweda. Przede wszystkim jest to jednak film o zarażonych wścieklizną, odjechanych na LSD, czczących szatana hippisach, rozgrywający się według podobnego scenariusza jak filmy o zombie. Dużo jest w tym kultowym dziele uroczych fragmentów, ale najbardziej rozkoszne jest to, że objawem wścieklizny jest wodowstręt, więc szarżującego z maczetą maniaka, można powstrzymać używając węża ogrodowego. Można też wejść do jeziorka po kolana i bezkarnie na niego chlapać, patrząc, jak bezsilnie pieni się na ustach. Kto nie ma siły na klasyczne kino eksploatacyjne o takim stopniu rażenia, może obejrzeć mający również dużo uroku trailer, który wklejam do komentarza. Sama muza powoduje odpadanie tapet, a to tylko fragment możliwości kompozytora.


Szalony naukowiec badający ewolucje mutuje dobrotliwego dziennikarza. Ten staje się potworem, najpierw psychicznie, potem fizycznie, aż do rozdziału dwóch osobowości. Amerykańsko-japoński film „The Manster” z 1959 roku brzmi, jak proroczy komentarz do stanu prasy w dobie internetu. Produkcja dziś mocno pocieszna, choć są momenty wręcz niekomfortowe w oglądaniu, bowiem film ma wszystkie elementy późniejszego o dekady nurtu body horror. Na dobrą sprawę więcej ma wspólnego z „Muchą” Cronenberga niż ta miała z oryginałem, którego była remakiem.



Twórcy horrorów rzadko sięgają po klimaty ludowe, może dzięki temu filmy w tym nurcie naprawdę się wyróżniają nawet jeśli nie są wybitne. "The Blood on Satan's Claw" to brytyjski film z 1971. Może kojarzyć się z niedawnym "The VVitch" albo nawet polską "Wilczycą" Marka Piestraka. Jest to produkcja kameralna, stonowana, wręcz teatralna, bez jatki, za to środkami, którymi dysponuje, działa chwilami bardzo skutecznie. Mimo braku porywającego scenariusza, ma dużo klimatu i zwłaszcza fani okultyzmu będą mieli się w co wkręcić. Nic dziwnego więc, że miłośnikiem tego filmu jest sam Glenn Danzig, bo utwór Angel Blake z jego siódmej płyty jest inspirowany jedną z postaci (co było dla mnie miłą niespodzianką). Skądinąd tytuł filmu też taki, jakby go Danzig wymyślił, ale to akurat była podobno robota dystrybutora : )

[Marek Szpak w komentarzu wyraził słuszną wątpliwość czy aby widziałem Midsommer]




Dziwny, niskobudżetowy, nowozelandzki, horror i z 1997 roku. Jeśli to nie brzmi odstraszająco, to może warto obejrzeć The Ugly, Scott Reynoldsa, właśnie dziwny, niskobudżetowy nowozelandzki horror z 1997 roku. Trochę jakby chciał być Milczeniem Owiec, ale zamiast intelektualnych zmagań jest tu surrealizm i estetyka snu, co sprawia, że kojarzy mi się z serią Koszmaru z Ulicy Wiązów, gdyby wyjąć z niej Freddy'ego. Film rozgrywa się głównie w szpitalu psychiatrycznym, który wygląda jak scenografia z teledysku heavymetalowego, a obsługują go pielęgniarze, wyglądający jak przebrani (ale nie za bardzo) muzycy heavymetalowi. Odróżnia się trochę ich szef, zwycięzca powiatowego konkursu na sobowtóra Antona LaVey'a. Dla niektórych pozbawia to film wiarygodności, a dla mnie to raczej sygnał, że "The Ugly" nie można traktować dosłownie. Nie powiedziałbym, że jest to film dobry, ale ma swoje zalety - zostaje w pamięci i ma nawet jakieś drugie dno sugerowane w dyskretnych szczegółach (choć trudno powiedzieć co nim jest, może to tylko ściema). Miło też dla odmiany chłonąć najntisową stylistykę, jakoś rzadko trafiam do tej dekady jeśli chodzi o horrory.



Brainstorm (1983). Christopher Walken w proto-cyberpunkowej opowieści o czymś w rodzaju rzeczywistości wirtualnej. Niestety film jest gorszy niż pomysł na fabułę, inaczej z takim potencjałem byłby to kultowa pozycja jak Blade Runner. Warto obejrzeć jeno dla uroczej retro technologii (skany z mózgu nagrywa się na taśmę i montuje tnąc nożyczkami!) i samego Walkena, który grając normalnego gościa jest tak dziwaczny, jak to tylko Walken potrafi.



wtorek, 26 listopada 2019

Sny umarłych

"Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019" z moim udziałem w postaci opowiadania "Król karaluchów" trafiły niedawno do sprzedaży i wygląda na to, że pierwszy nakład już się wyczerpał (sklep pokazuje jedną sztukę w tej chwili!).  Z tego co wiem, wydawca planuje dodruk, ale zawsze jest też oczywiście e-book.

Naści lineczki!
http://sklep.okolicastrachu.pl/produkt/sny-umarlych-polski-rocznik-weird-fiction-2019/
http://sklep.okolicastrachu.pl/produkt/sny-umarlych-polski-rocznik-weird-fiction-2019-e-book/

Antologia ma jak dotąd przychylne recenzje, a moje skromne dzieło, jest zaliczane do dobrych, a bywa, że i najlepszych tekstów. To mi uświadamia, że powinienem częściej pisać. Tekst, który napisałem wcześniej, "Zemsta w akwarium", posłałem na Międzynarodowy Festiwal Opowiadania i chociaż nie wygrał, to mimo sporej konkurencji (290 prac!) doszedł do finału . Jeszcze trochę wysiłku a będę najlepszym pisarzem wśród metalowych wokalistów i najlepszym metalowym wokalistą wśród pisarzy.





Korzystając z okazji, jeszcze coś o innej książce, o tytule Sny umarłych. Notka pierwotnie opublikowana na moim FB. To jest zbyt cenne, by tam to chować przed światem.



Ta książka jest warta każdych pieniędzy, ale zazwyczaj można ją kupić za około zeta (i to już jest drogo). Kupiłem ją w taniej książce w liceum i nosiłem miesiącami w kieszeni kurtki, na wypadek utknięcia w jakimś pozbawionym rozrywek miejscu. Tym miejscem okazała się ostatecznie poczekalnia komisji wojskowej, gdzie niespodziewanie spędziłem wiele upojnych godzin, czytając właśnie "Sny Umarłych" Roberta Mustera (pseudonim Wojciecha Próchniewicza). Spójrzcie tylko na tę okładkę. Powiedzenie, że nie należy książki oceniać po okładce, też ma tu zastosowanie, bo książka jest nawet jeszcze gorsza. Jest tak fantastycznie zła, tak grafomańsko idealna, że do dziś komisję wojskową wspominam z rozrzewnieniem. Powinni mi byli dać za to kategorię E bez mrugnięcia okiem.

niedziela, 29 września 2019

Co matka z dwiema głowami to nie z jedną

Tak bardzo zaniedbałem tego bloga, że nawet zapomniałem / nie chciało mi się (zapomniałem, czy mi się nie chciało, czy tylko zapomniałem), wrzucić nowej płyty Nihil Quest. Powstawała praktycznie od czasu wydania poprzedniej, a więc osiem lat. Ehh... co bym nie napisał, to na to nie ma usprawiedliwienia.

Przy okazji wrzucam pierwszy teledysk. Też obłędnie długo powstawał. Mój kumpel Kamil, z zespołu Valery Mess, zdążył w tym czasie zrobić trzy teledyski (jeśli dobrze pamiętam), tudzież spłodzić i sprowadzić na ten świat dziecko. Ewidentnie wybieram sobie zbyt czasochłonne projekty.





poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Lustcraft

Ekipa wchodzi do opuszczonej posiadłości z XIX wieku, aby nagrywać dźwięk na potrzeby gry komputerowej, oczywiście horroru, jednocześnie dokumentując ten proces na wideo. To brzmi jak film z gatunku found footage (Blair Witch, etc), będący owocem pracy cholernie leniwego scenarzysty. Wszystko to jednak wydarzyło się naprawdę w zeszłym roku, parę dni przed Halloween (a co). Nagrywaliśmy dźwięk do gry Lust From Beyond, która w tej chwili zbiera kasę na Kickstarterze i już wiadomo, że z sukcesem.
Poniżej filmu z zapisem fragmentów tej wyprawy. Nie wiem czy to można nazwać dodatkową atrakcją, ale wypada też dodać, że w tle leci niepublikowany utwór Nihil Quest, który pojawi się na nowej płycie.




A tu pełny trailer gry Lust From Beyond. Jest to horror z dużą dawką erotyki, inspirowany Lovecraftem, a wizualnie pracami Gigera i Beksińskiego. Trailer przedstawia sceny z całkiem długiego dema. Montaż wideo, udźwiękowienie, a także muzyka są moje (w samej grze muzyki nie robię, poza sporadycznymi drobnostkami). I tu się należą podziękowania - w partii chóralnej zaśpiewali ze mną: Robert Dembczyński, Kamil Mójta, Barbara Kalinowska i jeszcze jedna osoba, która się nie chciała ujawniać. Krótką wstawkę fortepianową zagrała dr Dobromila Jaskot. Dziękuję w imieniu własnym i plugawych pomiotów Cthulhu!



A jak kto nie ma konta na YT to tu jest wersja ocenzurowana:

czwartek, 26 lipca 2018

Czarna wołga dzieci wciąga

Koleżanki, koledzy, Ojcze Dyrektorze...

Wydałem z zespołem Czarna Wołga pełnowymiarową płytę. 9 na 10 tekstów
(po polsku!) i jedna kompozycja są moje. W składzie zespołu jest też
Jarek Koźbiał, mój kolega z Nihil Quest, którego to płyta też jakoś w
tym roku powinna wylądować (tam już 100% procent muzy będzie moje).

Płyty można posłuchać z playera poniżej, a bezpośredni link to:
https://insultrecords.bandcamp.com/album/czarna-wo-ga


Jest   albo  będzie  za  chwilę  również na  Spotify,  iTunes  i  innych
platformach cyfrowych. Dla staroszkolnych wersja fizyczna też się dłubie

Na Facebooku jesteśmy tu:
https://www.facebook.com/czarnawolgaband/

A  jak  ktoś  nie  widział,  to  rok  temu  wypuściliśmy  teledysk do
Prezentera, jednego z lżejszych, bardziej rockandrollowych kawałków.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Horrorowy przegląd trailerowy albo trailerowy przegląd horrorowy

Wydaje się, że dopiero co wrzucałem trailer, który zrobiłem dla Kickstartera "Lust for Darkness", a gra już jest gotowa. Poniżej oficjalny trailer gameplayowy, również mojej roboty. Muzycznie słychać Clock Machine (pop), Draco Nareda (orkiestrowa), a noise'owo/dark ambientowa końcówka to moje dzieło.

W samej grze jest też sporo moich dźwięków, przygotowanie ich to była niezwykle ciekawa praca.


Skoro już jesteśmy przy horrorach, to jeszcze dwa inne trailery, które zmontowałem:
Agony Story Trailer (zrobiłem też kilka innych dla tej gry).


I last but not least, mobilna gra Eyes. Tutaj napisałem też muzykę do trailera.




piątek, 11 maja 2018

Ciosy z Miami





Po kilku tygodniach intensywnych treningów, polegających na rozbijaniu głową cegieł,
zmierzyłem się wczoraj z filmem Miami Connection. Jest to jedna z bardziej znanych perełek złego kina i kwintesencja amerykańskich lat 80.

Film opowiada o zespole pop rockowym Dragon Sound, którego członkowie (a) są sierotami (w sensie dosłownym), (b) mieszają razem, (c) są mistrzami taekwondo, (c) mają zatargi z gangiem dealerów koki wspieranym przez konkurencyjny zespół muzyczny, (d) mają zatargi ze zmotoryzowanym gangiem ninja. Jak widać już na poziomie scenariusza Miami Connection wyróżnia się spośród tabunów ejtisowych akcyjniaków karate, a realizacyjnie jest jeszcze lepiej. Producentem filmu był mistrz taekwondo i jako facet, który niczego się nie boi, nie bał się też powierzyć ról wymagających pokazania emocji swoim uczniom, którzy nigdy wcześniej nie stali przed kamerą. Sam też zresztą występuje, mimo, że z angielskim musi walczyć niczym z najstraszniejszym ninją w historii.

Piękne są też walki, to chyba najwierniejsza adaptacja na ekran gier automatowych w typie Double Dragon. Jest nawet grubas rzucający beczką!

Miami Connection to nie jest może taka petarda jak podobny gatunkowo Samurai Cop (zresztą Samurai Cop niszczy konkurencję w każdym gatunku), ale sława filmu jest z pewnością zasłużona. Polecam wszystkim miłośnikom uderzania głową w twarde przedmioty.




czwartek, 16 listopada 2017

Odmienne stany wężowatości



Jak z planu Dynastii, tasiemca o amerykańskich milionerach, trafia się do brytyjskiego horroru o wielkim wężopodobnym stworze z apetytem na dziewice? Wie to Catherine Oxenberg (w Dynastii ucieleśnienie mokrego snu pod imieniem Amanda). Aktorka pojawiła się w filmie Kena Russela "Kryjówka białego węża" ("Lair of the White Worm") w towarzystwie przyszłej wielkiej gwiazdy kina - Hugh Granta.


Tytuł niesfornie się kojarzy, co ogrywane jest przez reżysera w mniej lub bardziej subtelny sposób (głównie w mniej). Trudno powiedzieć czy poza Kenem Russelem jeszcze kogoś to ubawiło, a już pewnie mało zachwycony byłby tym Bram Stocker, twórca Draculi, na którego powieści ów film z 1988 roku jest oparty.

Russel zrobił z tego materiału kompletne dziwactwo. Podobno musiał nakręcić horror, żeby dostać pieniądze na swój następny projekt, stąd też "Kryjówka" jest niechcianym dzieckiem typowego filmu klasy B i artystycznych ambicji reżysera. W jednej chwili oglądamy rozebraną do bielizny kobietę-węża, która zabija nieletniego harcerza, a zaraz potem, ta sama pani, bez większego zresztą sensu, bezpośrednio cytuje najsłynniejszą scenę z Obywatela Kane'a. Kto wie, ile tam jest smaczków dla koneserów, większych ode mnie. Wybaczcie, jeśli umknęły mi odniesienia do Igmara Bergmana podczas próby nakarmienia półnagą dziewicą penisopodobnego potwora.

A skoro o potworach mowa... Fabuła jest jedną z wariacji na temat pradawnego złego bóstwa, wracającego do współczesnych czasów. Może spodobać się wygłodniałym fanom Cthulhu po solidnej dawce znieczulenia. Zaskoczeń w warstwie fabularnej trudno się tu spodziewać. Po co więc to oglądać? Właśnie dziwactwa realizacyjne Russela sprawiają, że jak na tę tematykę, jest to film oryginalny.

Miłośnicy dziwnego kina znajdą w "Kryjówce" dużo campu i czarnego humoru. Policjant o urodzie Benny Hilla z doprawionymi kłami oraz oczami węża, wykonujący ruchy kobry to jest coś, co po prostu trzeba zobaczyć. Także przez ten dystans do materii w każdej chwili czuć, jak bardzo brytyjski jest to film. Hugh Grant gra postać tak zmanierowaną na angielski sposób, że nawet królowa Elżbieta może wpaść w kompleksy.



Na uwagę zasługują też krótkie, lecz wspaniałe psychodeliczne sceny z symboliką religijną, specjalność reżysera, które podobne numery wycinał w pamiętnych "Odmiennych stanach świadomości". Zrealizowano je w raczkującej wówczas technice blue screenu, dzięki czemu przypominają coś pomiędzy filmem eksperymentalnym, a wczesnym teledyskiem z epoki MTV. Są tak uroczo bluźniercze i kiczowato przesadzone, że wyobrażam je sobie jako idealną pomoc dydaktyczną na katechezach, podczas lekcji poświęconych straszeniu dzieci szatańskimi przekazami pop kultury.

Ken Russel, znany ze znacznie lepszych filmów, pewnie wolałby o tej produkcji zapomnieć, co też prawdopodobnie mu się udało, biorąc pod uwagę, że od paru lat już nie żyje.

"Kryjówka" to horror, ale głównie dla Hugh Granta, gdy musi o niej opowiadać w wywiadach. Dla reszty z nas, dziwaczna jazda po poboczach przemysłu filmowego.


środa, 30 sierpnia 2017

Jak zostałem chórem Cyganów

Dziś robię totalną woltę stylistyczną i prezentuję teledysk, który nakręciłem dla mojej Mamy. Pochodzi z płyty w klimatach rosyjsko-cygańskim. Udzielam się też w tym utworze wokalnie udając chór Cyganów. Ostatni refren prosił się, żeby go mocniej, wyżej zaśpiewać. Jak tylko skończyłem Mama pokiwała głową i powiedziała - No dobrze, przecież wśród Cyganów też jakiś metalowiec mógł być.


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Lust for Darkness

Wielki Cthulhu, od lat figurujący na Facebooku jako mój pracodawca, wskazał mnie swoją plugawą macką i pozwolił wreszcie zrobić coś zawodowo w estetyce horroru. Zmontowałem i udźwiękowiłem trailer gry Lust For Darkness przeznaczony do zbiórki funduszy na serwisie Kickstarter (wcześniejszy teaser to już nie moja robota). Gra jest inspirowana mitologią Cthulu oraz pracami Beksińskiego tak więc było mi bardzo po drodze z tym materiałem. Na fortepianie gra moja przyjaciółka i współpracowniczka Dobromila Jaskot.


niedziela, 27 sierpnia 2017

Czarna Wołga na horyzoncie!

Oto zrobiony przeze mnie teledysk Czarnej Wołgi. Od jakiegoś czasu uczestniczę w tym zespole razem z Jarkiem Koźbiałem, perkusistą mojej macierzystej formacji, czeli Nihil Quest. Tekst mój, wokal mój i audioprodukcja też moja. Muzę napisał Konrad Witek, wcześniej udzielający się we Freebirds.



poniedziałek, 22 maja 2017

Zmotoryzowane zombie kontra brytyjskie elity



Przystojniak na motorze ma na imię Tom i jest wśród najlepiej wyglądających nieboszczyków, którzy wrócili do życia w historii kina. Takie rzeczy działy się, gdy specjaliści od angielskiego horroru gotyckiego, chcieli zrobić film motocyklowy jak za oceanem. W 1973 roku Don Sharp, znany z reżyserowania dla wytwórni Hammer stworzył film Psychomania.

Tom jest przywódcą gangu motocyklowego "Żywe trupy", który odkrył okultystyczną sztuczkę pozwalającą mu po samobójstwie na powrót zza grobu. Nie jest jednak jakimś banalnym, jęczącym zombie z odpadającą skórą. Angielski żywy trup ma maniery lorda po Oxfordzie i dykcję speakera BBC, a zabija, dusząc wypielęgnowanymi dłońmi, uprzednio zdejmując skórzane rękawiczki.

Jego zmartwychwstanie to też nie byle jaka scena. Wyjeżdża z grobu motocyklem na pełnym gazie, rozjeżdżając kilkanaście metrów dalej przypadkowego przechodnia. Tak to się robi w Wielkiej Brytanii!

Okultystyczny powrót do życia ma same zalety, człowiek dysponuje supermocami, podobnie jak w filmach Marvela, ale nie trzeba nosić głupawych wdzianek z tworzyw sztucznych. Odziany w czarną skórę Tom nigdy się nie zestarzeje, jest bardzo silny, niezniszczalny i przejeżdża na motorze przez ścianę, wybijając w niej dziurę. Niestety, w dalszym ciągu musi tankować maszynę na stacji paliw obsługiwanej przez jakiegoś ignoranta z plebsu.


Zachęceni sukcesami Toma, w jego ślady idzie reszta gangu, sprawiając, że pod względem liczby samobójstw nawet Hamlet wygląda blado. Nietrudno znaleźć horror, gdzie jest więcej morderstw, za to pod względem samobójstw "Psychomania" znajduje się w światowej czołówce. Ich metody bywają niebanalne. Jeden z motocyklistów skacze z samolotu bez spadochronu, drugi rozebrany do slipek wchodzi do wody z obciążnikami i skuty kajdanami.


Nieumarły przywódca, jak sam wyjawia w ekspresyjnym monologu, chce zniszczyć establishment - policję, sędziów, kapłanów... Razem z gangiem zombie na motorach terroryzuje więc miasteczko, szczególnie wyżywając się na dziale z konserwami w jednym ze sklepów samoobsługowych. Polityka to jednak nie wszystko w jego życiu po życiu. Osią dramatyczną filmu jest to, że dziewczyna lidera ma opory przed samobójstwem i w pewnym momencie nawet udaje zombiaka, żeby chłopakowi nie było przykro.


Jak często w filmach okultystycznych bywa, mamy też mistyczne zwierze, reprezentujące sataniczne siły stojące za całą rozróbą. Zamiast kozła, kruka czy pająka autorzy postawili na poczciwą żabę, co dodatkowo wykręca charakter "Psychomanii" w dziwacznym kierunku. Wszystko to przypomina bardziej zły sen o filmie o gangu motocyklowym, niż autentyczną próbę nakręcenia czegoś, co ma sens. W tym też jednak leży piękno Psychomanii - ma swój hipnotyczny, surrealistyczny klimat. Ozdabia ją też wspaniały, pełen acid rocka i funkującej gitary soundtrack Johna Camerona (nie mylić z Jamesem).

Psychomania z pewnością zapada w pamięć. Może nie jest to film dobry, ale za to oryginalności trudno mu odmówić. Polecam koneserom dziwnego kina, motocykli, rocka lat 70 i odjazdowych zmartwychwstań.  


środa, 5 kwietnia 2017

Inquest w Heliosach

W ramach dzisiejszego przeglądu offowego w Heliosie wreszcie obejrzałem "swój" film "Śledztwo", w prawdziwym profi-kinie ze stemplem sieciówki. Swój, tzn w tym przypadku, udźwiękowiony i zmiksowany przeze mnie (reż. Ena Kielska, zdjęcia Anna Andrzejewska). Tłumów nie było, a ściśle mówiąc nikogo nie było poza nami, z czego wnioskuję, że jako jedyny reprezentowałem w tym zestawieniu Bydgoszcz. Film zabrzmiał dokładnie tak, jak w moim zamierzeniu miał, co uważam za fantastyczny sukces, bo zazwyczaj na pokazach cierpię. Dobry sprzęt i profesjonalnie zaprojektowana akustyka w kinie po prostu zrobiły swoje. Żadnych surroundów i innych przestrzennych cudów, które muszą być robione w wyspecjalizowanym studio, kosztującym ogromną kasę, też mi do szczęścia nie brakowało - zwykłe stereo daje radę. Dźwiękowo mam punkt odniesienia do końca życia.

wtorek, 21 lutego 2017

Ciężkie grzechy Ojca Morderstwo ("31", Rob Zombie, 2016)




Reżyser Rob Zombie chyba miał dość krytyki, po jego ostatnich, ciężkich od eksperymentów i symboliki filmach. Mogły się podobać lub nie, ale trzeba przyznać, że wkładanie psychodelicznych wizji do "Halloween 2" (2009) wymagało sporej odwagi. Podobnie "Lords Of Salem" (2012) szło na przekór oczekiwaniom, tonąc w dziwactwach i skromnie dawkując akty przemocy. Zombie od tego drugim Kubrickiem jednak nie został, więc może dlatego postanowił wrócić do korzeni, czyli tego, co zaprezentował w "Domu 1000 trupów" i "Bękartach diabła".

"31" to film opowiadający o pracownikach objazdowego wesołego miasteczka, którzy trafiają do "MurderWorld", kompleksu gdzie muszą przeżyć 12 godzin, ścigani przez sadystycznych klaunów w ramach dorocznej gry, urządzanej dla uciechy bogaczy. Trzeba przyznać, że pomysł brzmi całkiem oryginalnie, o ile oczywiście przez ostatnich 30-parę lat oglądaliście wyłącznie seriale brazylijskie. Najsłuszniejsze skojarzenie to oczywiście Uciekinier ("The Running Man", 1987 r.), ale od tamtego czasu było zatrzęsienie filmów o śmiertelnych grach. W 2001 roku powstał nawet film, w którym uczestników gonią klauni ("Slashers", 2001).

Rob Zombie nie celował w oryginalność choćby dlatego, że obiecał fanom to, co już znają i zrobił ten film za ich pieniądze. Publiczna zbiórka zapewniła mu budżet 1,5 miliona dolarów. Niewiele, nawet jak na horror.

Film miał być najpaskudniejszym, najbardziej brutalnym dziełem Zombiego, tymczasem po jego ukończeniu, reżyser pobiegł do amerykańskiej cenzury, czyli MPAA po certyfikat umożliwiający wyświetlanie go w kinach z oznaczeniem "R". Dzięki temu na film mogły wchodzić nastolatki oraz co równie ważne, pozwoliło to na szerszą dystrybucję, ponieważ filmy zastrzeżone dla dorosłych są niechętnie pokazywane w kinach sieciowych.

Dostaliśmy więc familijną wersję filmu o klaunach-mordercach, z obietnicą wypuszczenia pełnej wersji na rynek wideo, ta się jednak nie zmaterializowała. Słuch po niej zaginął, a sam Rob stwierdził tylko, że oddawanie MPAA bardziej brutalnego filmu, było celową taktyką i faktycznie cięcia niczego "31" nie ujmują.

Co więc zostało?

Ojcem dyrektorem MurderWorld jest Ojciec Morderstwo, grany przez Malcolma McDowella. Wnosi się on na szczyty campowego przerysowania, niestety w roli prawie oderwanej od reszty filmu. Faktycznym antagonistą (lub jak kto woli - bossem ostatniego levelu) jest klaun o pseudonimie Doom-Head. Grający go Richard Brake po nałożeniu makijażu sprawia wrażenie, jakby starał się o rolę Jokera i jest to jeden z nielicznych silnych punktów "31". Z obsady warto wymienić jeszcze Meg Foster, wyróżniającą się na tle reszty aktorów odtwarzających tzw. pozytywne postaci. Te zaś jak zwykle u tego reżysera, są mało ciekawe, mało sympatyczne i oczywiście mało pozytywne.

Fatalnym elementem są sceny walk sfilmowane w kochanym przez Hollywood stylu trzęsącej się kamery. Do tego duże zbliżenia, szybkie cięcia i w rezultacie nie mamy pewności czy oglądamy walkę na śmierć i życie z klaunami-mordercami, czy też może bitwę na poduszki podopiecznych przedszkola Wesołe Skrzaty w Ząbkach Małych.

Największą wadą "31" jest słaby scenariusz (autorstwa również Roba Zombie). To, że bohaterowie są pracownikami wesołego miasteczka, nie wnosi do filmu nic. Mimo braku specjalnych umiejętności, rozwrzeszczana gromadka radzi sobie z zawodowymi mordercami jak nikt przedtem w historii gry. Aż trzeba się zastanowić, kto do tej pory w niej uczestniczył, bo gdyby do MurderWorld trafiła lepiej zorganizowana grupa, np. harcerze, to roznieśliby towarzystwo Ojca Morderstwo na kopach jeszcze przed wieczorną zbiórką. Z całej historii nic też nie wynika. W porównaniu z "31", wspomnianego "Uciekiniera" ogląda się jak szekspirowską tragedię.

Na plus można zaliczyć klaustrofobiczny klimat, stylową muzykę i świetnie podrobioną estetykę filmu z lat 70. Niski budżet nie rzuca się w oczy. Po raz kolejny zawiodły akurat te elementy, które od pieniędzy nie zależą.


Niewątpliwie są znacznie gorsze slashery niż "31" i na upartego film można obejrzeć. Pytanie po co. Zarówno film, jak i ostatnia płyta zespołu Roba Zombie robią na mnie podobne wrażenie i obie mógłbym podsumować frazą "zmęczenie materiału". Na nic powrót do korzeni, bez ich podlania.


czwartek, 26 stycznia 2017

shupryt+Ian odsłona

Trochę nowej muzyki. Efekt bardzo owocnej współpracy z moim starym kumplem shuprytem. Dawno już nic razem nie robiliśmy, Myślę, że na tym jednym się nie skończy.