wtorek, 19 maja 2015

Fanpejcz

Poniżej znajdziesz link do cudownego Fanpejcza Nihil Quest, zrobionego ze zmielonego pierścienia Atlantydów i potartego co najmniej dwukrotnie o zapasową protezę zębową św. Jana Pawła II. Ten opiewający go tekst okrążył świat 76 razy, a jego oryginał znajduje się w Nowej Anglii, u Iana w chacie, albo w robocie, już dokładnie nie pamięta. Już teraz możesz polubić Fanpejcz Nihil Quest, ponieważ ktoś Ci dobrze życzy!
Janina Rosołek z Kędziołków otrzymała zaproszenie i polubiła go, a dwa dni później poślubiła bardzo starego milionera z bardzo, bardzo słabym sercem! Potem wysłała zaproszenie do polubienia Fanpejcza Nihil Quest kilku znajomym i w ciągu tygodnia wyszła za mąż jeszcze za trzech bardzo starych milionerów z bardzo słabymi sercami, którzy to rychło zmarli podczas gang-bangu. Odziedziczyła fortunę!
Bronisław Komorowski z Warszawy choć otrzymał zaproszenie do jego polubienia, nie polubił i przegrał pierwszą turę wyborów z kandydatem PiSu!
Czesław Bokonon z Bydgoszczy nie polubił Fanpejcza Nihil Quest i dzień później okazało się, że musi przejść pilną operację usunięcia wyrostka. Ostatkiem sił przed operacją, Czesław zdążył kliknąć w "lubię to". Operację przeżył, a do tego okazało się, że wyrostek był z czystego złota. Poza tym miesiąc później wygrał w programie "Must be the music"!
Wiesława Potomek poprosiła wszystkich znajomych o polubienie Fanpejcza Nihil Quest i następnego dnia rano znalazła w płatkach śniadaniowych Bursztynową Komnatę!
To nie żart! Nie ignoruj tego, to działa! #potwierdzoneinfo

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Dźwiękowe tortury

Pod koniec zeszłego roku miałem okazję uczestniczyć w kilku sesjach sounddesignerskich z kompozytorami muzyki współczesnej - Dobromiłą Jaskot i Dominikiem Karskim. Sesja taka polega na tworzeniu jak najdziwniejszych dźwięków, które potem obrabia się w komputerze, tnąc je, kompilując, nakładając efekty. Znęcaliśmy się nad fortepianem, skrzypcami, gitarą basową i elektryczną - te dwie ostatnie z mojego arsenału. Jedno takie spotkanie nagrałem na wideo. Najciekawsze chwile możecie zobaczyć poniżej.



Miłka wykorzystała te dźwięki do stworzenia muzyki do spektaklu Samuel Zborowski w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Ja zaś wkrótce później trafiłem na krótką animację Macieja Lorenca, którą chciałem udźwiękowić - i jak się okazało - te sesje były bardzo przydatne. Natomiast wszystkie głosy, jakie słychać w filmiku, to moje własne wokalizy. Nagrałem jakieś pół godziny wycia, skamlenia, pisków, niedźwiedzich porykiwań, krótko mówiąc wszelkiego darcia mordy, które byłem z siebie w stanie wydać. Na pewno jeszcze nie raz ten materiał się przyda... zwłaszcza jeśli... (liczba wielokropków zagęszcza się z każdym słowem, zwiastując wzrastanie napięcia)... wypali plan kręcenia horroru.


A na razie... Devoured Culture.


poniedziałek, 23 lutego 2015

Alert na złodzieju gore

Podobne pojęcie o sprzęcie, który kradną
mieli nasi złodzieje
Udało się odzyskać część sprzętu, skradzionego podczas głośnej (w przenośni i dosłownie) akcji w Bydgoszczy w nocy z 1 na 2 czerwca 2014. Obrabowane zostały wówczas pomieszczenia, gdzie kilka zespołów, w tym mój, miało próbownie. Zginęły, m.in., wzmacniacze, mikrofony, miksery dźwięku, okablowanie i bardzo drogi zestaw blach perkusyjnych. Z tego, co słyszałem, ten ostatni, przynajmniej w części został odnaleziony przez policję jeszcze w czerwcu, gdzieś na złomowisku. Nie zdziwiło to nas, wszyscy zgadzaliśmy się przynajmniej co do jednego - to nie był profesjonalny atak, złodzieje nie mieli pojęcia, co biorą. Policja złapała dwóch gości, ale nie powiedzieli, co zrobili ze sprzętem, a także nie zdołano im udowodnić winy. Na miejscu nie znaleziono ich odcisków palców. Dostaliśmy informację o umorzeniu sprawy i przy kanonadzie teorii spiskowych na Facebooku, ze sprzętem pożegnaliśmy się na zawsze. Za wcześnie.

Zaraz po włamaniu ustawiłem alert na Allegro, który miał mnie powiadamiać o nowych ofertach ze zdefiniowanymi słowami kluczowymi. Wpisałem tam tylko dwa mniej popularne sprzęty, bo od razu założyłem, że oglądanie każdego mikrofonu Shure SM58 mogę sobie odpuścić. Od czerwca 2014 nie było ani jednej oferty sprzedaży miksera Yamahy, jaki mi zginął.

WTEM! 15 lutego. Mail od Allegro podaje linka do Yamahy. Wchodzę. Wygląda jak mój, ale to się przecież zdarza identycznym modelom. Skąd? Bydgoszcz. Robi się ciekawie. Sprzedawca pisze, że wystawia "to co jest na zdjęciu". Bardziej istotne jest jednak to, czego na zdjęciu nie ma - a mianowicie zasilacza. Złodzieje byli tak głupi, że go nie zabrali. Patrzę na inne aukcje sprzedawcy - wśród nich jest mały mikserek, identyczny, jak ten, którego używał nasz perkusista do nagłaśniania metronomu. Też nie ma do niego zasilacza. A gdzież on? Oczywiście, w naszej próbowni - dotrzymuje towarzystwa temu od Yamahy. Pozostały sprzęt to kilka gitarowych kabli (moje i Lulu z Wyroku) oraz bardzo rzadki, butikowy efekt, też własność Lulu. Trafiony zatopiony, wszystkie oferty tej osoby związane z muzyką, wywędrowały z naszej kanciapy.

Sprzedawca ma wystawione jeszcze dwie rzeczy - samochód (widać rejestrację) i złoty łańcuszek. Przy obu jest numer telefonu. Konto allegrowe raczej normalne, znacznie więcej kupionych rzeczy niż sprzedanych, używane od kilku lat, komentarze OK. Nic podejrzanego.

Czas nagli, ludzkość już licytuje nasz sprzęt. Dzwonię na komisariat, gdzie wcześniej prowadzono postępowanie. Każą mi przyjechać z wydrukami. Robię to i godzinę później jestem po zeznaniach (dusza literata drży we mnie z rozkoszy, gdy czytam tę piękną prozę podpisaną własnym nazwiskiem). Sprawa ma zostać przekazana komendantowi, który zadecyduje o ewentualnej akcji.

Zaledwie parę godzin później dostaję telefon - przedmioty będą do odebrania na komisariacie. Ponad to, co było na aukcji, policja znajduje jeszcze domowej roboty przester gitarowy, który wygląda jak radziecka konserwa z doczepioną gałką i opisana mazakiem z braku nalepki. Tacy to byli złodzieje.

Jak się tłumaczył paser? Kobieta (tak, tak, płeć piękna - to się też zgadzało z komentarzami wyśledzonymi przeze mnie na Allegro) twierdziła, że kupiła sprzęt pół roku temu na giełdzie przy stadionie Chemika. Historyjka jakich wiele. Mijają kolejne godziny i aukcje muzyczne znikają z konta, wszystkie oferty zostają odwołane. Łańcuszek i auto zostają.

Naiwnie czy nie, czekamy na ciąg dalszy sprawy. To w końcu tylko część ukradzionego sprzętu i to nie najcenniejsza.

Na koniec apel - ludzie - spisujcie numery seryjne sprzętów. A jak dojdzie do najgorszego, alerty są waszymi przyjaciółmi.

PS Skoro już odkurzyłem tego bloga to jeszcze wspomnę, że parę dni temu minęło 5-lecie "(Also Sprach) Franky" Nihil Quest, pierwszego teledysku w mojej reżyserii. Śpiewam na nim do Shure'a, którego miałem od 2002 roku. Też został skradziony i ze względów sentymentalnych chyba żal mi go najbardziej.

czwartek, 24 lipca 2014

Eight Years After

Oto fragmencik historii bydgoskiego rocka, na wypadek gdyby ktoś chciał o mnie nakręcić film. [Hej,takie rzeczy się przecież dzieją.]

Utwór Mental Slave znalazł się na pierwszej pełnometrażowej płycie Nihil Quest (2011), ale jego tekst to spadek po moim udziale w grupie The Day After. W 2006 roku nagrywaliśmy demo, którego byłem realizatorem, żeby nie powiedzieć wręcz producentem. Aby być boleśnie dokładnym dodam, że jedyne na co nie miałem wpływu to nagranie bębnów, bo te zostały zarejestrowane w Radiu PiK z Mirkiem Worobiejem za konsoletą.

Dalsza historia przypomina coś, co mogło się przydarzyć Black Sabbath, Metallice albo innym tytanom w bólu poszukującym właściwego brzmienia nie patrząc na czas i koszty. Gdzieś w trakcie produkcji płyty otworzyła się możliwość nagrań w Jet Studio pod Koronowem, a ponieważ nie miałem nic przeciwko rezygnacji z roli realizatora, to cała zabawa wkrótce zaczęła się od początku w Jet (wersja numer 2). A potem wszystko jeszcze raz poszło do kosza, w sumie nie wiem dlaczego. Chłopaki przearanżowali materiał i nagrali go jeszcze raz (wersja numer 3), tym razem bez mojego udziału, bo za mikrofonem zastąpił mnie Miko Zieliński, który był z nimi do końca. W efekcie powstała EP-ka Manimal - w chwili pisania tego tekstu można jej posłuchać na Myspace (tak, to jeszcze działa).


Powyższe nagranie pochodzi z 2006 roku (wersja numer 1), przy czym miks i mastering są zupełnie nowe (2014). Wziąłem to na tapetę, żeby nie wypaść z wprawy, no i zawsze też żałowałem, że nie dokończyliśmy nagrań. Może jeszcze kiedyś coś z tej sesji wygrzebię.

Skład wyglądał następująco:
Piotr "After" Aftka - gitara
Michał "Mielew" Mielewczyk - bas
Wiktor Wyka - bębny
Ian Giedrojć - wokal

Miko napisał do utworów TDA nowe teksty, tak więc ja zabrałem do Nihil Quest swoje, tworząc do nich muzykę zupełnie od zera. Mental Slave odrobinę poprawiłem i tak powstała wersja z płyty "1.1 Splendid Isolation". 

Zabawnie było kiedy później Nihil Quest i The Day After grały razem koncert. Nasze rozpiski utworów do zagrania miały te same tytuły co ich, bo mimo zmienionych tekstów chłopacy z TDA roboczo jeszcze używali nazw, które zostały z moich czasów.


A tak brzmiał Mental Slave w wersji Nihil Quest


sobota, 24 maja 2014

Kosi, kosi łapci

Dzisiaj wyjątkowo zapraszam na mój tekst do Jawnych Snów, gdzie trzęsąc się w bezwstydnych pogańskich pląsach, składam hołdy grze Harvester.


czwartek, 8 maja 2014

Heavy metal nie rdzewieje

Oto jest, po ponad roku w bólach produkcji i postprodukcji, pierwszy film dokumentalny w mojej reżyserii. Poniżej trailer, a więcej dowiecie się na stronie poświęconej filmowi "Do ostatniej kropli krwi".

Plakat autorstwa Joanny Studzińskiej / tulipart.pl


czwartek, 5 września 2013

Człowiek człowiekowi Gawlińskim

- Jestem pazernym fiutem - zdradził naszej redakcji Robert Gawliński
Żeglując po internecie trafiłem na wiadomość już dość starą (luty 2013), ale z uwagi na branżę dla mnie interesującą. Zespół Wilki zorganizował otóż konkurs na teledysk. Nagrodą było to, że owo dzieło stanie się oficjalnym teledyskiem puszczanym tu i tam, a nawet gdzie się da ku chwale zespołu, który Interia w swym newsie nazwała "legendą polskiego rocka". Kawalarze.

Na zrobienie clipa legenda dała miesiąc od ogłoszenia tej wspaniałej wieści. Niby nie jest to mało, ale nie jest to też dużo, zwłaszcza że news się musiał rozpropagować po sieci. Dodając to, że konkurs był dla amatorów, którzy mają zazwyczaj jeszcze inne rzeczy na głowie poza robieniem dobrze Robertowi Gawlińskiemu, to zdecydowanie jednak dali za mało czasu. Ale niech.

A teraz zniewaga do złamania, która czai się w regulaminie. Panie i Panowie, ustęp V, punkt 3, voila:

3. Szczegóły przeniesienia majątkowych praw autorskich do Materiału laureata na Fundatora regulować będzie umowa, zawarta w tym zakresie pomiędzy laureatem a Fundatorem, z tym zastrzeżeniem, że kwota wynagrodzenia z tego tytułu nie będzie wyższa niż 100,00 (sto) złotych.


Tak, tak, nasza legenda rocka chciała żeby clipa im zrobić za stówę. I podkreślmy, że to nie jakaś zabawa dla fanów lubiących kręcić filmiki komórką, w której zapewne nagrodą mogło być buzi od Roberta i to by wystarczyło, ale miał powstać "oficjalny" czyli profesjonalnie zrealizowany clip.

- To nie mogło wypalić - pomyślałem sobie, a że rzecz się odbywała na początku roku, to wystarczyło sprawdzić. I co?

Tako skowyczą Wilki:
Przejrzeliśmy wszystkie zgłoszone klipy. Jak zawsze w przypadku konkursów, poziom nadesłanych prac był maksymalnie zróżnicowany. Niestety żadna z nich nie spełniła artystycznych oczekiwań stawianych oficjalnym teledyskom, więc po długich naradach jury zdecydowało się zakończyć konkurs bez wyboru laureata.

Do tego było jeszcze obowiązkowe słodkie pierdzenie w kierunku uczestników za ich zaangażowanie itd. Na pewno się wszystkim od tego lepiej zrobiło.

Ile zarabiają Wilki za koncert? Pewnie więcej niż do 100 zł? Gdyby rzucili choćby 2000 złotych jako nagrodę to pewnie mimo narzekań, że za takie rzeczy się płaci znacznie więcej, kupa ludzi ze środowiska offowego, mających sprzęt i doświadczenie by się za to wzięła.

Podsumowując - dziany, popularny zespół chciał dostać za darmo warty grubą kasę produkt od ludzi, którzy ciężko na niego musieli pracować. Gdyby nie nazwali tego konkursem, to można by to nazwać wyłudzeniem. Ok, ja rozumiem, żyjemy w kapitalizmie, zjedz zanim ciebie zjedzą, to brutalny system, ale czy nawet dla osoby publicznej naprawdę nie ma jakiejś granicy pazerności?


Dzizus fakin krajst, Robert, sto złotych, naprawdę?

sobota, 10 sierpnia 2013

Kapitalna dekapitacja

Alice Cooper ma dobrze opanowane uwalnianie się z kaftanu bezpieczeństwa - śpiewając „The Ballad of Dwight Fry” robi to na scenie od 1971 roku. Fot. J. Studzińska / tulipart.pl
 [Tekst do fotoreportażu dla Expressu Bydgoskiego / Nowości, opublikowany 9 sierpnia 2013 pod tytułem "Rockowy teatr grozy". Z konieczności niestety dość krótki, choć pisać było o czym]  


Zrobił karierę na szokowaniu. Choć dziś już nie budzi kontrowersji, to koncerty Alice'a Coopera wciąż są spektakularne, o czym mogła się przekonać kilkutysięczna publiczność Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty koło Słupska.

Alice Cooper jest wcieleniem spalonej na stosie czarownicy i choć wiadomo, że od samego początku był to chwyt reklamowy, to nietrudno pomyśleć, że ten charyzmatyczny facet ma w sobie jednak coś nadnaturalnego. 65-letni wokalista arogancko przegania swoich muzyków po scenie, ciągnie za włosy, smaga batem. Każdy gest jest teatralny, Alice ani przez chwilę nie pozwala spuścić z siebie oczu. Gdy rzuca pod scenę laskę, przed dobrych kilka minut trwają zmagania fanów o trofeum.

Początek koncertu to najbardziej znane utwory Coopera w jego ponad 40-letniej karierze. Niestety, mając 26 płyt do wyboru, trudno każdej z nich poświęcić nawet trochę czasu. Wreszcie przygasza się światło, rozbrzmiewa piosenka „Witajcie w moim koszmarze” i rozpoczyna się czas na horrory.
Kaftan bezpieczeństwa, sadystyczna pielęgniarka, trzymetrowy Frankenstein - wszystkie utwory mają swoje atrakcje, które ostatecznie bledną przy niesławnej inscenizacji egzekucji na gilotynie.  W finale kat obnosi odciętą głowę wokalisty, podczas gdy zespół gra piosenkę na cześć nekrofilii.

Śmierć była też motywem przewodnim następnej części koncertu, hołdu dla „martwych pijaków”, przyjaciół Coopera z czasów młodości - Jima Morrisona, Johna Lennona, Jimiego Hendriksa i Keitha Moona (The Who).  Klasyczne utwory zachwyciły publiczność, ale Alice wypada w tym materiale dość przeciętnie.

Końcówka to utwory obowiązkowe, czyli „I’m Eighteen” - wyznanie osiemnastolatka (Alice'owi bliżej teraz do 80., więc podpierał się kulą) oraz rozsławione przez MTV „Poison”. Chwila oczekiwania na bis i publiczność dostaje jeszcze „Schools Out” z wplecionym „Another Brick in The Wall” (grupy Pink Floyd), podczas którego latają balony z konfetti, atakowane przez wokalistę szablą.

Był to dopiero drugi występ Coopera w naszym kraju. Jednak on sam mówi, że na emeryturę pójdzie co najmniej w tym samym wieku, co starszy od niego o parę lat Mick Jagger. Po doskonałym przyjęciu zespołu w Dolinie Charlotty jest więc być może szansa na choćby jeszcze jedną na polskich ziemiach dekapitację.

Orianthi błyskotliwymi solówkami udowadniała, że nie jest tylko ładną twarzą w zespole. Trafiła do niego po śmierci poprzedniego pracodawcy... Michaela Jacksona. Fot. J. Studzińska / tulipart.pl

środa, 24 lipca 2013

Happy end [opowiadanie]



Słońce zachodziło, kończąc kolejny szary dzień. Dreptałem drogą wzdłuż kanału bydgoskiego ignorując mżawkę, zimno i błoto, mając tylko siebie by ponarzekać na kretyński pomysł spaceru. Nie lubię ani natury, ani chodzić, a już zwłaszcza nie lubię tego miejsca.

Widać miałem jednak dzień na dziwne zachcianki, bo przechodząc koło wyjątkowo gęstych szuwarów, nagle zapragnąłem w nie wejść i rozejrzeć się trochę.

Od dawna podejrzewałem, że mam instynkt detektywa i być może to on wówczas zadziałał. Czy tego się więc właśnie spodziewałem w tej kupie zamoczonego zielska? Porzuconej damskiej ręki, z elegancko umalowanymi na czerwono paznokciami?


czwartek, 30 maja 2013

Perła wśród wieprzy (cz. 2) - Józef OST


Z zespołem Józef OST spotkałem się dzięki kwietniowej edycji konkursu teledyskowego Yachfilm, o której wcześniej pisałem. W przeciwieństwie do nas Józef zupełnie nikogo nie agitował (i prawdę mówiąc słusznie, bo szkoda na to czasu), kończąc z dwoma głosami.

Nie ukrywam, że włączyłem tego clipa, bo chciałem się ponabijać z cudzego nieszczęścia i nieudolności. Oceniając po nazwie, spodziewałem się jakiegoś pop-folk-alternatywno-zabawowego grania. Coś gdzieś w przedziale między Myslovitz a Zakopower. Początek clipu był słaby i amatorsko zrobiony, więc sądziłem, że trafiłem w dziesiątkę... a tu nagle... (WTEM! - mógłby napisać Pacio Chmiel) przykuła mnie muzyka. Hipnotyczne, brudne riffy gitarowe, mechaniczne bębny, monotonny wokal melorecytujący porąbane teksty. Pierwsze, choć nienachalne skojarzenie muzyczne - Swans. Co więcej, po słabym początku porąbany i całkiem ciekawy, okazał się również teledysk. Była to jedna z nielicznych prac, które z przyjemnością obejrzałem do końca. Skromna realizacja, ale klimat ma. Józef po prostu wychynął zza węgła i zaskoczył... pozytywnie.

W toku dalszych czynności śledztwo wykazało, że zespół ma w dorobku EP-kę wypuszczoną przez stronę Bandcamp (na tejże stronie do tagów ma wpisane Swans, więc czuja miałem bezbłędnego). Rzekoma EP-ka jest niby długości zwykłej, pełnej płyty (LP), ale być może był w tym jakiś głębszy zamysł, bo dobrego materiału jest tyle co na EP-kę właśnie. Jej pierwsza połowa to bardzo ciekawe, ostre (post-)rockowe granie, które wzbudziło mój zachwyt, a druga, mało oryginalne elektronicznie pitolenie, wchodzące czasem nawet w strefę umca-umca. Co tu dużo gadać, szkoda, że tak się stało, ale niech żywi i żywe trupy nie tracą nadziei, zespół wszak istnieje i sądząc po facebookowej aktywności, idzie w dobrą stronę. Nie ma co zresztą za dużo gadać, skoro z Bandcampa każdy może posłuchać całej płyty on-line. Tak więc, panie i panowie, międląc berecik w spoconych dłoniach nieśmiało przedstawiam (fanfary): Józef OST!

środa, 8 maja 2013

Coś mi wypadło z mózgu i hałasuje straszliwie

Poniższe nagranie to mała demonstracja surowych i przetworzonych dźwięków z mojej osobistej biblioteki. Ponieważ wyszło to dość artystycznie (jak schizofreniczna audiowycieczka do piekła), pomyślałem, że będzie pasować na bloga.

Nie jest to konieczne, ale dla maksymalnego efektu polecam użycie słuchawek.

Wszystkie sample nagrane i przetworzone przeze mnie. 

niedziela, 5 maja 2013

Perła wśród wieprzy: The Bum

W umyśle bohatera The Bum, kotek jest wiecznie żywy
Nie jestem fanem przygodówek tworzonych przez amatorów. Na przestrzeni ostatnich lat grałem w klika, i w najlepszym przypadku były akceptowalne jak na produkt, za który nic się nie płaci. Nie pamiętam, żeby którąkolwiek chciało mi się skończyć. Niestety w przypadku gier różnica między zawodowcami a amatorami, wydaje się być bardziej znacząca, niż w przypadku innych dziedzin sztuki.

Z takim to właśnie przykrym nastawieniem, podchodziłem do darmowej, amatorskiej przygodówki The Bum, na którą trafiłem przypadkiem i którą zamierzałem włączyć na góra parę minut. Czekało mnie ogromne zaskoczenie. Jeśli chodzi o gry, które starają się być zabawne, to ta skromna produkcja jest napisana lepiej niż większość profesjonalnych przygodówek. Jak to możliwe? Nie wiem! NIE WIEM!!! Niedowierzanie towarzyszyło mi przez dużą część rozgrywki. W pierwszej chwili myślałem, że autorowi się poszczęściło na początku, ale gra cały czas trzyma poziom. Jak na mój gust dialogi można by trochę przyciąć, jednak poza tym The Bum od strony pisarskiej prezentuje poziom imponujący.

Weźmy głównego bohatera. Jest bezdomny, jest świrem i ze światem komunikuje się przez skarpetkę założoną na dłoń. Najciekawsze jest zaś, że interpretuje świat na swój własny sposób. Gracz widzi zwykłą skrzynkę z bezpiecznikami, a bohater skomplikowaną zagadkę, co zresztą doskonale pasuje do konwencji gry. Bohaterowie przygodówek zachowują się zazwyczaj tak kretyńsko, że zastanawiam się, dlaczego nikt wcześniej nie wpadł na pomysł, żeby w roli głównej obsadzić szaleńca. Brawo.

Trzeba jeszcze wspomnieć, że The Bum, skądinąd stworzony przez dwójkę Polaków (tak, są polskie akcenty), zawiera mnóstwo odniesień do klasycznych gier Lucasarts, a także Monty Pythona. To mnie akurat za bardzo nie kręci. Powiedzieć, że lubię Lucasarts i Monty Pythona, to tak jakby stwierdzić, że papież z sympatią wypowiada się o Jezusie, hołdy mają jednak dla mnie sens w umiarkowaniu. To nie one sprawiają, że gra jest śmieszna, lecz oryginalny materiał wysokiej próby. Z tego zmagania The Bum wychodzi zwycięsko.

Jak widać na załączonym obrazku i trailerze (który niestety nie oddaje tego, jak dobra jest gra), The Bum ma staroszkolną grafikę. O dźwięku i muzyce można napisać tyle, że są. Dla niektórych może być to ciężkie do przełknięcia. Warto się przemóc, zwłaszcza, jeśli ktoś tęskni za tym niegdyś wspaniałym, a dziś zmarginalizowanym gatunkiem gier komputerowych.

Grę można ściągnąć tutaj:




niedziela, 21 kwietnia 2013

To będzie następne przygniatające zwycięstwo (moralne) [aktualizacja]



Wypadałoby wspomnieć, że nowy teledysk Nihil Quest startuje w kwietniowym konkursie na CyberYacha (jedna z nagród festiwalu clipowego Yacha Paszkiewicza). Konkurujemy z zespołami w dużej części z innej półki, które mają wytwórnie i marketing, a teledyski kręcą im ekipy, tak więc nie ma co mówić o rywalizacji, ale jak ktoś by chciał nas (i niezależną scenę!) poprzeć to proszę bardzo - nie pozwólcie bym Was dłużej zatrzymywał!
Link do naszego teledysku na konkursie:  Nihil Quest - Splendid Isolation

Uwaga, nie lekceważ tego! Jadwiga Kląsek zagłosowała na Nihil Quest w konkursie YachFilm i dzień później w mało uczęszczanym kącie piwnicy znalazła skarby Inków. Mikołaj Budzanowski nie zagłosował i dwa dni później premier Tusk pozbawił go stanowiska ministra skarbu. Stefania Podpieróg też nie zagłosowała i w nogę wdała jej się gangrena, a trzy dni później był koniec świata. Głosuj na Nihil Quest!

[aktualizacja]
Dziękuję wszystkim, którzy głosowali na teledysk Nihil Quest, a zwłaszcza sobie, bo bez wątpienia nastukałem tych głosów najwięcej (w sumie padło ich 61, zwycięzca miał ponad 1600). Każdy konkurs tego typu, który opiera się na klikalności internautów nie ma oczywiście żadnego sensu w sensie artystycznym, a jest tylko pokazem sprawności organizacyjnej zespołu bądź jego fanów. W tej kategorii nie mamy szans. Natomiast udało się pokazać ten clip paru osobom więcej i tak naprawdę o to najbardziej chodziło. Dzięki!

środa, 3 kwietnia 2013

Dentodrama [opowiadanie]

Niedobre Literki - Polskie Centrum Bizarro (oby żyły wiecznie) zamówiły u mnie opowiadanie na Dzień Dentysty. Jakże mogłem odmówić? Tak powstał skromny, absurdalny szorcik pt. "Ząbi", który po borowaniu wstępnym niniejszym trafia na leczenie kanałowe w zakładzie usług stomatologicznych Dehumanizer. Niedeobroliterkowe opowiadania innych dewiantów literackich można przeczytać o TU.


Czapkując przed Limbo


Limbo to bez wątpienia jedna z najwspanialszych gier ostatnich lat. Triumf pomysłu, klimatu i minimalizmu nad efektownymi, rozbuchanymi produkcjami za grube miliony dolców.  
Jedną z najlepszych rzeczy w Limbo jest bardzo oszczędne udźwiękowienie. Dla eksperymentu i treningu zrobiłem więc coś odwrotnego i bogato udźwiękowiłem fragmenty gry używając sampli z klasycznych kreskówek firmy Hanna-Barbera. Kto nie grał w Limbo raczej tego nie zrozumie, a kto nie oglądał kreskówek, ten nie służył w marynarce... więc o czym tu w ogóle gadać.