niedziela, 23 maja 2010

Wielka Siostra lubi patrzeć

Poniższy archiwalny tekst z cyklu „Ocalić od zapomnienia” sponsorują literki „C” jak [ocenzurowano], „K” jak [ocenzurowano] oraz „D” jak dropsy. W związku z brakiem możliwości wysłania na miejsce opisywanych zjawisk reportera, redakcja bloga Dehumanizer, dziękuje za owocne konsultacje stowarzyszeniu Bydgoskie Nierządnice. Na wszelki wypadek dodaję, że tekst jest zupełnie na serio, co można sprawdzić wchodząc na podany na końcu link.

Fragment strony Big Sister

Wielka Siostra lubi patrzeć

Jaką pamiątkę przywieźć z Czech? Czapkę Szwejka? Figurkę Krecika? Butelkę absyntu? A może profesjonalnie nagrany film porno z własnym udziałem?

To, co niemożliwe jest na antenie telewizyjnej, często można zrealizować w internecie, czego ekstremalnym przykładem jest pornograficzny program Wielka Siostra (Big Sister). Nawiązuje on bezpośrednio do idei reality show, rozsławionej i praktycznie zapoczątkowanej przez pamiętnego Wielkiego Brata, a dziś pleniącej się także w formie widowisk typu „You can dance” i „Idol”.

Elementem łączącym tego typu programy jest udział telewizyjnych amatorów, postawionych w nietypowej, czasem wręcz ekstremalnej dla siebie sytuacji. Dzięki temu mają się oni zachowywać naturalnie i spontanicznie, w przeciwieństwie do zawodowców w danej dziedzinie (stąd często, jeśli nawet oglądamy zawodowców, to robią coś, w czym są amatorami, np. sportowcy tańczą). Im bardziej narusza się prywatność występujących tym lepiej, reality show kwitnie bowiem dzięki skłonności widzów do podglądania. Dzięki internetowej Wielkiej Siostrze do umysłów jej uczestników być może nie zdołamy zajrzeć, ale jeśli chodzi o ciała, to niczego nie pozostawia się wyobraźni.

Zaczęło się od tego, że w maju 2004 roku dwóch austriackich biznesmenów, związanych od jakiegoś czasu z nocnym życiem czeskiej Pragi, niemal w samym centrum miasta założyło dom publiczny - „Big Sister” („Wielka Siostra). Rok później, gdy budynek został naszpikowany kamerami wideo, ruszyli ze stroną internetową. Na żywo i bez cenzury zaczęli przedstawiać, co się w tym przybytku dzieje, a gwiazdami ekranu zostały prostytutki oraz ich klienci.

Pomysł spotkał się z ogromnym zainteresowaniem. Tak sensacyjny temat natychmiast podchwyciły zarówno internet, jak i tradycyjne media, więc reklama była w zupełności zbędna.
Dziś klub cieszy się takim zainteresowaniem, że wizytę najlepiej poprzedzić wcześniejszą zapowiedzią. To w realu, a w Internecie? Jak podaje portal prague-life.com, „Wielka Siostra” notuje dziesięć tysięcy wirtualnych odwiedzin każdego dnia. Prostytutki pracujące w „Wielkiej Siostrze” to zazwyczaj Czeszki i Słowaczki, choć zdarzają się też egzotyczne pracownice z Brazylii i Ghany. Co noc jest ich od 7 do 10. Bardziej interesujący są jednak klienci. Wydawałoby się, że na dłuższą metę oni będą głównym zmartwieniem prowadzących taki biznes. W końcu przy tego typu rozrywce ceniona jest dyskrecja. Wprowadzono jednak poważną zachętę. Samotni mężczyźni za wejście do klubu płacą jedynie 10 euro. Gdy ktoś znajdzie się już w środku, usługi prostytutek otrzymuje za darmo. Zupełnie bez opłat wchodzą kobiety i pary. Jeśli zaś para zdecyduje się na seks przed kamerami „Wielkiej Siostry”, otrzymuje 30 euro. Dokładnie tyle kosztuje internautę miesięczna subskrypcja materiałów serwisu.

„Prawdziwi ludzie, których nie zobaczysz gdzie indziej, pierwszy raz przed kamerą” - tak reklamuje się strona. I klienci tacy są - nie wyglądają jak gwiazdy porno. Niektórzy mogą zaimponować tylko rozmiarami brzucha.

Duża część erotycznych spotkań to rzecz w świecie reality show wyjątkowa - transmisje. W telewizji, nawet przy dużo mniej kontrowersyjnej tematyce, programy tego typu nigdy nie są emitowane na żywo. Gdyby ich bohaterowie spontanicznie wywinęli coś, co łamie prawo, lub byłoby nie do zaakceptowania przez masową publiczność (a wyłącznie do takiej programy te są adresowane), nie przejdzie to przez telewizyjnego montażystę cenzora. W „Wielkiej Siostrze” potencjalnie zdarzyć się może wszystko.

Wszyscy uczestnicy „Wielkiej Siostry” podpisują z klubem kontrakt. Obejmuje on zarówno internetową transmisję jak i rozpowszechnianie cielesnych uciech na płytach DVD. Za pamiątkowe nagranie, zrealizowane przez zawodowców, uczestnik płaci 13 euro. Nie wszyscy jednak takowe chcą. O uroku reality show decyduje to, że nie wszystko wychodzi. Jeśli więc któryś z panów nie stanie na wysokości zadania, może mieć tylko nadzieję, że kłopotliwego nagrania nie zobaczy ktoś znajomy.

Nie bez powodu wśród sieciowych atrakcji „Wielkiej Siostry” znajduje się „najkrótszy zarejestrowany przez kamery seks na świecie”.

---
Strona klubu (tylko dla dorosłych): www.bigsisterlive.com

piątek, 19 lutego 2010

Wielkie kino dla ubogich

W trakcie przygotowań do kręcenia clipu "(Also Sprach) Franky" wchłonąłem sporo bezużytecznej, ale często ciekawej wiedzy o świecie niezależnego filmu, czego owocem stał się m.in. poniższy tekst o mockbusterach. Oczywiście opisane zjawisko to patologia, niemniej fascynujące jakie możliwości stoją dziś przed praktycznie każdym, kto zechce wyjść poza rolę konsumenta. Niestety, to z tym chceniem właśnie jest największy problem i tego żaden postęp technologiczny nie usunie. 


Wielkie kino dla ubogich

Zmęczony pracą człowiek wchodzi do wypożyczalni wideo. Chciałby się rozerwać bezmyślną hollywoodzką produkcją. O... może Transformery?

Bierze pudełko z wielkim robotem na okładce, płaci, idzie do domu. Tam jednak okazuje się, że obsada jest nieznana, roboty wyglądają jak w podrzędnej grze komputerowej, a nazwiska reżysera Michaela Baya dopatrzeć się w czołówce nie sposób. Jest za to... wątek miłości lesbijskiej.

Co się stało? To nie „Transformery” a „Transmorfery”, czołowy przykład zjawiska nazwanego mockbuster. Termin ten to połączenie słów „mock” (przedrzeźniać) oraz blockbuster (przebój kinowy). W świecie przedmiotów użytkowych ich odpowiednikiem są wyroby takich firm jak Panasonix, Adidos czy Fuma. Ich cel jest taki sam - wydając niewiele, zarobić przez podłączenie się pod ogromną maszynę marketingową, jaka towarzyszy wielkim produkcjom. I tak, mamy np. „Węże w pociągu” zamiast „Węże w samolocie”, „Noc Halloween” zamiast „Halloween”, „Obcy kontra Łowca” zamiast „Obcy kontra Predator” oraz „Terminatory” zamiast „Terminator”. Później zaś oczywiście kręci się ich kontynuacje.

Obecnie firmą, która zdominowała działkę mockbusterów jest jedno studio filmowe - The Asylum, mieszczące się w Los Angeles. Działa szybko i precyzyjnie, podróbka wychodzi na kilka tygodni przed kinową premierą filmu, na którym był wzorowany. Zaczęli od podrobienia „Wojny Światów”, nadchodzącej wówczas, łzawej adaptacji powieści H.G. Wellsa, w reżyserii Stevena Spielberga i z udziałem Toma Cruise’a. Dla The Asylum to był wielki przebój, ich wersję, zatytułowaną „Wojna światów H.G. Wellsa” (twórcy podróbki mieli łatwe zadanie, ponieważ prawa autorskie do powieści wygasły), w ilości 100 tysięcy kopii kupił Blockbuster, największa sieć wypożyczalni w USA. Trafiła ona na półki w chwili premiery dzieła Spielberga w kinach.

Niskobudżetowe naśladownictwa to oczywiście nic nowego w historii kina. Podrabianie epickich produkcji Hollywoodu stało się jednak możliwe dopiero niedawno, dzięki dostępowi do taniego i coraz lepszego cyfrowego sprzętu wideo oraz komputerowym efektom specjalnym. Te ostatnie, choć nie wyglądają tak jak w produkcjach za kilkanaście milionów dolarów, pozwalają jednak producentom robić rzeczy, które kiedyś były nie do pomyślenia. Wystarczy spojrzeć na zajawkę „Megafault” - to jedna z ostatnich produkcji The Asylum, imitująca film katastroficzny „2012” Rolanda Emmericha. Eksplodują tam budynki i samochody, pękająca ziemia zapada się po horyzont, satelity strzelają laserami z orbity, a sprzętu wojskowego jest tyle, co na ćwiczeniach NATO. Tak dziś wygląda film niskobudżetowy.

Sukces mockbusterów leży w trafianiu z produktem do osób słabo zorientowanych, naiwnych, mało uważnych. W najlepszym przypadku oglądają je osoby wyjątkowo zainteresowane tematem - fani niszowej fantastyki, miłośnicy wyjątkowo złego kina (są tacy!), a także osoby, które chciałby po prostu obejrzeć cokolwiek, co przypomina ulubiony przebój. Ich popularność ściśle zależy także od tego, jak poradzi sobie ofiara tej podróbki. Jeśli domniemany hit okaże się klapą, pasożyt rodem z The Asylum również przepadnie. Jednak np. koszt „Transmorferów” zwrócił się już po trzech miesiącach.

Pracownicy The Asylum z pokorą przyjmują, że są czarnymi owcami tego biznesu. Osobom, które chcą w tej firime pracować, na swojej stronie tłumaczą, że są prostą drogą do zszargania sobie reputacji i dodają internetowy odnośnik do słowa... prostytucja. Chętnych jednak nie brakuje i nic dziwnego, bo tak kreatywna praca jest czymś niezwykłym. - My po prostu uwielbiamy robić filmy - tłumaczy współwłaściciel firmy, David Michael Latt - i robimy wszystko, aby były oglądane. Jego zdaniem, inni także produkują podróbki, po prostu The Asylum jest w tym procederze mniej subtelne.

Choć w Internecie można znaleźć wiele opinii krytycznych wpuszczonych w maliny widzów, to jednak zdaniem części z nich, produkcje studia konsekwentnie się polepszają. Kto wie, może spod ich ręki wyjdą jeszcze przyzwoite filmy. Ostatecznie wzorując się na takim dziele jak „Obcy kontra Predator” naprawdę trudno zrobić coś gorszego.

sobota, 13 lutego 2010

Tryton czyli zeznanie czterdziestolatka


Kto mnie choć trochę zna, ten wie, że nie obchodzę dosłownie żadnych świąt. Takie choćby urodziny, które bliżej nieznany osobnik wpisał mi w dowodzie osobistym (skądinąd do dziś niewymienionym na współczesny egzemplarz), są dla mnie bez znaczenia. Przynajmniej symbolicznego, bo przebieg czuję jak każdy, thank you very much. O pewnych datach jednak nie sposób zapomnieć, a najważniejszą z nich jest 13 lutego 1970 roku. W ów piątek, może najsłynniejszy z piątków trzynastego, czterdzieści lat temu od chwili gdy to piszę, świat ujrzała debiutancka płyta zespołu Black Sabbath. Przy odgłosach burzy i uderzeniach dzwonu, wraz z pierwszym trytonem Iommiego urodziłem się też prawdziwy ja. Ech, do diabła, że też nikt nie wpadł na to by dać mi "Tryton" na drugie!

Przez lata gapiłem się na okładkę z tajemniczą kobietą na tle starego domu. Gdy wraz z nadejściem Internetu odkryłem, że to miejsce wciąż istnieje, wiedziałem że będę musiał tam pojechać. Stało się to wreszcie w naprawdę wyjątkowym dla mnie 2007 roku (który sam był jak uderzenie pioruna w środku cichej nocy), dzięki uprzejmości mieszkającego w Anglii kumpla, również fana Black Sabbath. Do dziś pamiętam jak Szymon tłumaczył wyprawę żonie: To jest poważna sprawa, Ian wydaje miesięczną pensję, żeby to zobaczyć!

Miejsce rzeczywiście było magiczne, a możliwość zobaczenia na żywo czegoś co dotychczas znałem jako jedną, niewyraźną klatkę na styku rzeczywistości i fantazji wprost trudne do opisania. Mało kto jest w stanie to zrozumieć, w końcu to tylko "jakiś dom" (właściwie młyn wodny) z okładki starej płyty, ale każdemu życzę by przeżył tak wyjątkową chwilę z tym co dla niego ważne.

W Anglii nie chciałem oglądać Pałacu Buckingham, Big Bena ani London Bridge. Poza niesamowitym młynem zaliczyliśmy jeno pielgrzymkę pod domy Ozzy'ego i Geezera w Aston Birmingham, gdzie na przełomie lat 60. i 70. hartowała się stal, która zmieniła świat. A mój zaczęła.

Tak więc "Black Sabbath". Dla Nich lat czterdzieści, dla mnie prawie dwadzieścia, a muzyka nie zestarzała się nawet o dzień:



(To jest bardzo klimatyczna lecz dość surowa wersja na żywo w studio, trzeba przyznać, że wyglądali wtedy dość zabawnie)

Na koniec, jeszcze zanim pingwin na telewizorze eksploduje, kompromitacja w stylu naszoklasowym. 2007 to był naprawdę wyjątkowy rok.


PS
Debiut Black Sabbath zapoczątkował w muzyce nurt, z którym mimo skoków w bok czuję się związany najbardziej. Ladies and gentlemen, będę mówił po polsku, ale śpiewał po angielsku, bo dzięki czterem chłopakom z Birmingham, sprzedałem duszę za rock'n'rolla. Oto mój skromny, kulinarno-muzyczny debiut reżyserski, nieoficjalnie znany jako "Gotuj z Nihil Quest". Historia niemieckiego kanibala Armina Meiwesa, dla kumpli z internetu po prostu Franky'ego:


czwartek, 28 stycznia 2010

Dotknięci kluskową macką

Poniższy tekst napisałem na potrzeby komErcyjnej publikacji, stąd jest grzeczniejszy i bardziej idiotoodporny niż zwykle oraz niestety mniej wyczerpujący niż temat zasługuje. Pasuje jednak na bloga tak bardzo, że szkoda byłoby go nie wkleić.


Dotknięci kluskową macką

Czy świat został stworzony macką odurzonego alkoholem Latającego Potwora Spagetti? A kto udowodni, że nie - powiedział Bobby Henderson i zrobił światową karierę.

W 2006 roku, ówczesny europoseł LPR Maciej Giertych, na konferencji w Brukseli zaatakował darwinowską teorię ewolucji, żądając wycofania jej ze szkół i zastąpienia kreacjonizmem. Argumenty miał mocne - powoływał się m.in. na legendę o Smoku Wawelskim. Mimo wsparcia nie byle kogo, bo samego wiceministra edukacji narodowej Mirosława Orzechowskiego (podwładnego Romana Giertycha, czyli syna europosła Macieja), sprawa jednak upadła. Od tamtego czasu jedynym głośnym echem dyskusji nad stworzeniem świata była wypowiedź piosenkarki Dody, która wywołała oburzenie stwierdzeniem, iż autorzy Biblii („napruty winem i palący jakieś zioła”) ominęli dinozaury.

Akcja Macieja Giertycha była nieudaną próbą przeniesienia na nasz grunt głośnego sporu światopoglądowego, który od lat toczy się w USA. Istnieją tam bardzo silne są grupy opowiadające się za kreacjonizmem, czyli poglądem, iż świat został stworzony przez Boga w obecnej postaci. Niektórzy, opierając się na tradycyjnej chronologii biblijnej, twierdzą wręcz, iż Ziemia liczy sobie zaledwie kilka tysięcy lat. Wszystko zaś, co dowodzi czego innego (badania, skamieliny etc.), to efekt działalności Boga, który w ten sposób testuje wiarę ludzi.

Bardziej strawną odmianą kreacjonizmu, przygotowaną dla potrzeb wykształconego człowieka, jest teoria Inteligentnego Projektu. W przeciwieństwie do konkurencyjnego darwinizmu, uznaje ona, że za właściwościami wszechświata oraz procesów przyrodniczych stoi Inteligentny Projektant (w domyśle - Bóg). Nie była ona nigdy opisana w żadnym prestiżowym piśmie naukowym, ponieważ jej zwolennicy nie są w stanie na swe twierdzenia przedstawić żadnych dowodów. Nie przeszkadza to im jednak domagać się oraz lobbować, aby była ona nauczana w szkołach publicznych i stawiana na równi z uznanym przez świat nauki darwinizmem.

W 2005 do takiej sytuacji doszło w amerykańskim stanie Kansas, gdzie Rada Edukacji rozważała wprowadzenie teorii Inteligentnego Projektu do programu nauczania. Sprowokowało to do odpowiedzi Bobby’ego Hendersona, wówczas 25-letniego fizyka, który w otwartym liście do rady postanowił zostać... prorokiem nowej religii. Tak narodził się Kościół Latającego Potwora Spagetti (ang. Flying Spaghetti Monster), oraz ruch zwany pastafarianizmem (od włoskiego słowa „pasta” - makaron). Według Hendersona świat został stworzony kluskową macką Latającego Potwora Spagetti po obfitym spożyciu alkoholu. Przedstawił na to dowody (patrz niżej - przyp. red.) wzorowane na tych, których używają kreacjoniści, jednak podane w absurdalnej otoczce i oczywiście tak samo niemożliwe do zweryfikowania przez naukę.

- Mam nadzieję, że doczekamy czasu, gdy teorie Inteligentnego Projektu, Latającego Potworyzmu-Spagettizmu oraz opartego na logicznym domniemaniu wobec przytłaczającej liczby obserwowalnych dowodów darwinizmu, otrzymają w szkołach równą ilość czasu - napisał. Ku zaskoczeniu Hendersona, list zrobił furorę. W błyskotliwy sposób zwrócił bowiem uwagę na to, że skoro w szkołach można nauczać jednej teorii o religijnym, a nie naukowym podłożu, to można i innych - choćby nie wiadomo jak nieprawdopodobnych czy śmiesznych. Odmowa byłaby przecież dyskryminacją danej grupy, a tę można zaskarżyć do sądu.

List okazał się ogromnym sukcesem najpierw w Internecie. Henderson otrzymał 15 tysięcy e-maili, a jego stronę w ciągu roku odwiedziło ok. 15 milionów osób. Sprawę podchwyciły też tradycyjne media - list wydrukowały m.in. New York Times i The Washington Post. Wkrótce Henderson otrzymał 80 tysięcy dolarów zaliczki na napisanie książki o Latającym Potworze Spagetti. Tajemniczy stwórca, wyglądający jak kupa makaronu z dwoma klopsikami i oczami na wypustkach, wkrótce stał się symbolem i orężem dla osób walczących o świeckość szkół i państwa. Po dwóch latach Rada Edukacji w Kansas wycofała poparcie dla krytyków darwinizmu.

Natychmiastowy sukces kampania pastafarian odniosła zaś w Polk County na Florydzie. Potwora wyciągnięto tam gdy pięciu z siedmiu członków rady edukacji zadeklarowało wiarę w Inteligentny Projekt. Podziałało. - Zrobili z nas pośmiewisko na cały świat - mówiła członkini rady Margaret Lofton, a temat z ulgą zagrzebano.

Po paru latach kult LPS wciąż zyskuje na popularności, znajdując wyznawców zwłaszcza wśród internautów. Mówi się o nim także na zupełnie poważnych konferencjach, poświęconych religii, ponieważ w dowcipny sposób ilustruje poważny problem. Co więcej, na oficjalnej stronie Kościoła (www.venganza.org) utytułowani naukowcy ręczą swoim autorytetem, że teorie Inteligentnego Projektu i Latającego Potworyzmu-Spagettizmu zasługują na równorzędne potraktowanie.

LPS dotarł także do Polski i prędzej czy później jego wyznawcy mogą zacząć się domagać równego traktowania. Kto wie, może nawet stosownego symbolu w szkolnych klasach?


WIERZENIA PASTAFARIAN

- Dowody na prawdziwość ewolucji zostały podrzucone przez Latającego Potwora Spagetti, który w ten sposób testuje wiarę pastafarian.

- Ziemia jest znacznie młodsza niż wydaje się to naukowcom. Po prostu za każdym razem, gdy dokonują pomiarów, Latający Potwór Spagetti zmienia wyniki w ich urządzeniach swoją niewidzialną kluskową macką.

- W każdy piątek jest święto religijne (można z pracodawcą negocjować dzień wolny).

- W niebie ma znajdować się wulkan eksplodujący piwem oraz fabryka striptizerek. Piekło wygląda podobnie, lecz piwo jest zwietrzałe a striptizerki mają choroby weneryczne.